KRZYSZTOF TURZAŃSKI
SŁAWA UMIŃSKA-DURAJ

Krzysztof Turzański Sława Umińska-Duraj

2013-07-28

Kara za grzechy

Kiedy wędrujecie po „Dioblinie”, przypatrujcie się drzewom. Być może znajdziecie to, o którym mówię. I wtedy przypomnijcie sobie tę historię.

Kiedyś była piękną i mądrą kobietą. Wraz z mężem prowadziła młyn na skraju lasu zwanego „Dioblina”. Ludzie chętnie korzystali z ich usług, gdyż wykonywali swoją pracę fachowo i profesjonalnie. Nie mieli dzieci. Los pod tym względem nie był dla nich łaskawy. Może dlatego takim wstrząsem była dla niej śmierć męża. Została wtedy całkowicie sama. Samiuteńka na świecie jak palec. Przez jakiś czas próbowała dalej prowadzić młyn. Najmowała parobków, ale ci, pracując różnie, nie przykładali się specjalnie do pracy. Młyn podupadał, a jej przybywało zmartwień. Czas zaczął odciskać swoje ślady na jej twarzy. Przybywało zmarszczek, umknęła gdzieś dawna uroda, a ona sama robiła się coraz bardziej zgorzkniała i niezadowolona z życia.
– Chcesz mnie okraść, złodzieju!! – krzyczała kiedyś wyrzucając za drzwi młyna syna jednego z chłopów wraz z workiem zboża – Wszyscy zazdrościcie mi bogactwa! Przynosicie mi śmieci zamiast zboża! Nie nadajecie się do niczego!!
Chłopak wystraszony sytuacją nie bardzo wiedział, co ma zrobić, ale próbował się jakoś bronić.
– Ależ proszę panią…przecież to dobre zboże…o czym pani mówi? – pokazywał jej ziarna wyciągając ręce przed siebie – Proszę spojrzeć….nikt nie chce pani okraść!
– A niech cię diabli!! – krzyczała jak szalona – Niech cię piekło pochłonie! Ciebie i twoją rodzinę! Za moją, wdowią krzywdę!!
Inny z chłopów, który dotąd stał obok i przypatrywał się całej scenie, rzekł do niej:
– Hola, hola, kobieto…uważaj, co mówisz…obyś nie napytała sobie biedy swoim krzykiem…
Młynarka doskoczyła do niego.
– Straszysz mnie? Myślisz, że się ciebie boję? Nie boję się niczego, a już na pewno takich kmiotów, jak ty! – wrzeszczała w jego stronę.
Mężczyzna odwrócił się i stukając wymownie palcem w czoło odszedł. Zawrócił swój wóz wyładowany zbożem, które chciał sprzedać młynarce i ruszył w stronę swojego domu. Pomyślał sobie, że sprzeda zboże w innym młynie, byle nie tutaj, nie tej wariatce.
Innym razem ludzie, którzy jechali do młyna po swoje zboże, które pozostawili do zmielenia, już z daleka słyszeli niesamowite wrzaski. Kiedy podjechali pod młyn zauważyli, że młynarka okłada kijem jakąś młodą dziewczynę, a ta już prawie zemdlona klęczy na ziemi. Jeden z chłopów zeskoczył z wozu, podbiegł do młynarki i wyrwał jej kij z ręki.
– Oddaj go, bo inaczej wyślę cię do piekła! – krzyknęła do niego młynarka.
– Czego chcesz od tej dziewczyny, szalona kobieto!? – chłop złamał kij uderzając go o swoje kolano i rzucił pod nogi młynarki – Za co tak ją bijesz?
Dziewczyna osunęła się bokiem na ziemię. Widać było, że straciła kontakt ze światem.
– Nie twoja sprawa, brudasie! – krzyknęła młynarka podnosząc jeden z kawałków kija z ziemi i znowu zamierzając się nim na dziewczynę. Chłop podbiegł do niej i ponownie wyrwał go z ręki. Wtedy młynarka chwyciła go za koszulę i wysyczała:
– Przeklinam ciebie, głupcze, twoją rodzinę, twoje dzieci…niech wam zabraknie jedzenia, niech choroba toczy wasze ciała…niech nieszczęście towarzyszy wam każdego dnia…niech twoje dzieci nie zaznają spokoju…bądź na zawsze przeklęty!
Chłop cofnął się do tyłu od nadmiaru złych słów, ale jeszcze bardziej przeraził go widok jej oczu. Było w nich widać szaleństwo, gniew i coś jeszcze. Coś nieokreślonego. Mężczyzna złapał tylko za rękę dziewczynę, wrzucił ją na swój wóz i nie odbierając z młyna zboża odjechał. Nigdy już tu nie powrócił. Po jakimś czasie dziewczyna zniknęła. Ktoś znowu ją widział u młynarki. Podobno byłą sierotą, którą młynarka przyjęła do siebie na służbę. Robiła z nią, co chciała, gdyż ta nie miała dokąd pójść. W pewnym sensie dziewczyna przyzwyczaiła się do swojego losu, gdyż życie nie dało jej nic innego w zamian. Co najdziwniejsze, po jakimś czasie zupełnie zniknęła i nikt nie wiedział, co się z nią stało. Ktoś nawet odważnie spytał młynarki, ale ta, jak zawsze, obrzuciła go tylko obelgami. Na tym się skończyło.
Najgorsze było to, że po jakimś czasie jej przekleństwa zaczęły się spełniać. Człowiek, który uratował pobitą dziewczynę zaczął chorować. Nie mógł pracować w polu, więc rodzina starała się go zastąpić, ale nie dawali rady. Pojawił się głód, potem choroby, jedna za drugą. Wszystko dokładnie tak, jak życzyła mu młynarka. W końcu mężczyzna zmarł, a jego dzieci szukając lepszego życia rozeszły się po całym świecie.
Okoliczni ludzie zaczęli wierzyć, że jej słowa mają moc. Pojawiły się nawet głosy, że młynarka jest czarownicą. Kto wie, może było w tym trochę prawdy. Tak czy inaczej ludzie zaczęli się jej bać, nikt nie chciał jeździć do młyna, co powodowało, że nie miała zarobku. To powodowało jeszcze większą jej złość. Wpadała wtedy do wsi, a ludzie uciekali na jej widok. Kto nie zdążył się skryć w domostwie bądź nie daj Boże spotkał ją na ulicy, usłyszał na swój temat stertę przekleństw, złorzeczeń i wyzwisk. Nie szczędziła nikogo….dzieci, kobiet czy starców. Każdemu życzyła źle i przeklinała kilka pokoleń.
Być może był to zbieg okoliczności, ale ludzie zaczęli chorować, a niektórzy nawet umierać. W wielu szczęśliwych dotąd domach pojawił się głód, bieda i łzy. Ludzie nie mieli żadnych złudzeń. To jej wina. Pewnie jest czarownicą. Ale ma potężną moc…kto się odważy jej przeciwstawić? Przecież nikt nie chce być przeklęty…a jej przekleństwa działają. Niektórzy zaczęli już nawet mówić o tym, że mają zamiar przeprowadzić się gdzie indziej, z dala od niej i jej czarów. Okolica zaczęła pogrążać się w strachu i zabobonach.
Wtedy pojawił się on. Pewnego dnia przeszedł przez sam środek osady. Ludzie od jakiegoś czasu nie kręcili się już wkoło domów. Wychodzili tylko na krótko, na tyle, na ile musieli. Każdy bał się kobiety z młyna. Dlatego mężczyzna szedł samotnie, śledzony jedynie oczami mieszkańców osady wyglądających z okien swoich domów.
W pewnym momencie na jego drodze stanęła mała dziewczynka. Wszyscy ją znali. Była jednym z najbardziej rozrabiających dzieci w osadzie i właściwie powinna urodzić się chłopakiem. Wspinała się na drzewa szybciej od nich, pokonywała ich w biegach, a nie raz widziano ją, jak wdawała się w dziecięce bójki i okładała pięściami większych od siebie chłopaków, którzy w końcu uciekali z płaczem do swoich matek. Jej zachowanie zupełnie kolidowało z jej wyglądem. Była przepięknym dzieckiem. Na ramiona kładły się jej szaleńczo rude loczki włosów, które figlarnie opadały też na czoło. Miała przepiękne, zielone i duże oczy, w których szalała radość życia. Piegowaty, zadarty nosek nadawał jej twarzy zadziornego uroku, który pomimo gniewu wielu dorosłych zawsze pozwalał jej wyjść bez szwanku z opresji. Była jedyną dziewczynką w swojej rodzinie, gdyż miała czterech starszych braci. Matka wychowywała ich sama, gdyż ich ojciec już dawno temu zaginął na jakieś wojnie i nikt więcej o nim nie słyszał. Bardzo kochał swoje dzieci, więc wszyscy byli pewni, że gdyby żył, na pewno by do nich powrócił. Ale nie wracał, co dla wielu było dowodem, że poległ.
Mężczyzna spokojnie podszedł do dziewczynki i kucnął obok niej. Był bardzo smukły i wysoki.
– Witaj, okruszku – powiedział do niej z uśmiechem.
Dziewczynka bez słowa, ale z wielkim zaciekawieniem wpatrywała się w jego twarz.
– Szukam kogoś…pomożesz mi? Zdradzisz mi swoje imię?
Dziecko stanowczo pokręciło głową na znak, że nie ma zamiaru rozmawiać z nieznajomym.
– Taaakkk, masz rację… – powiedział mężczyzna – Nie wyglądam najlepiej, nie znasz mnie, więc lepiej ze mną nie rozmawiać. Mama cię tego nauczyła?
Dziewczynka skinęła główką.
– Twoja mama musi być mądrą kobietą – mężczyzna nagle podniósł się i zaczął rozglądać się wokół – Muszę kogoś odnaleźć…wysłano mnie tutaj…nie mam zbyt wiele czasu…
Sięgnął ręką za pazuchę swojego płaszcza, który kiedyś musiał być czarny, ale teraz, z powodu długiej wędrówki, nabrał od kurzu szarego koloru.
– Mam na imię Sława – szepnęła cicho dziewczynka.
Mężczyzna spojrzał na nią.
– Piękne imię…twoi rodzicie wiedzieli, jak cię nazwać.
Dalej grzebał za pazuchą płaszcza, aż w końcu wyciągnął niewielki woreczek. Otworzył go i wysypał coś na rękę. Pochylił się niżej i pokazał Sławie swoją dłoń. Dziewczynka zobaczyła na niej sam piasek, ale kiedy przyjrzała się lepiej, zauważyła też jakiś kształt. Ziarenka piasku były w różnym kolorze, więc kształt był tym bardziej widoczny. Wytężając wzrok zobaczyła zarys jakiegoś budynku. Wydawał się jej znajomy.
– Znasz to miejsce? – spytał mężczyzna – Właśnie tego domu szukam.
Sława skinęła głową na znak, że wie, o co chodzi. Mężczyzna spojrzał na nią z zaciekawieniem.
– To dom tej złej kobiety – powiedziała cicho Sława – Nikt tam już nie chodzi…
– Byłaś tam, prawda? – mężczyzna wsypał piasek z powrotem do woreczka, zasznurował go i schował za pazuchą płaszcza. Sława skinęła w milczeniu główką.
– Nie bój się…nikomu o tym nie powiem – powiedział mężczyzna uśmiechając się do niej – Mam do ciebie wielką prośbę. Zaprowadzisz mnie tam?
– Nie mogę! – dziewczynka potrząsnęła burzą swoich rudych loczków – Mama nie pozwoli mi tam iść!
Mężczyzna uklęknął koło niej. Sięgnął po zwiędły listek, który leżał na drodze i zaczął spokojnie obracać go między palcami. Sława patrzyła na jego dłoń. Wydawało się jej, że listek nagle zaczyna nabierać kolorów i wygląda tak, jakby dopiero co zleciał z drzewa. Mężczyzna bawił się nim dalej, aż w końcu położył go obok swojej nogi. Liść był pięknego, jasno zielonego koloru.
– A gdybym powiedział ci, że twoja mama nie będzie nic o tym wiedzieć? Nikt niczego nie zauważy? – powiedział patrząc prosto w zieleń jej oczu – Ja wiem, że to nieładnie namawiać cię do kłamstwa. Ale uwierz mi, kruszynko, potrzebuję twojej pomocy. Bardzo potrzebuję…
Dziewczynka patrzyła w jego oczy. Nie bała się. Nie miał w oczach niczego złego, choć widać było w nich wielką siłę. I tajemnicę.
– Kim ty jesteś? Jak mam do ciebie mówić?
Mężczyzna uśmiechnął się lekko i spojrzał prosto w słońce. Przez chwilę się nie odzywał. Przymrużył jedynie oczy i nagrzewał twarz promieniami słońca.
– Ja mam wiele imion. Możesz nazywać mnie, jak chcesz… – odpowiedział.
Dziewczynka patrzyła w jego twarz. Było w niej coś, co pozwalało się jej nie bać nieznajomego. Coś, co kazało mu zaufać i pomóc.
– Będę nazywała cię Przyjacielem, dobrze?
Mężczyzna roześmiał się szeroko. Chwycił ją za rączkę i lekko ścisnął.
– Dobrze, kruszynko…to też jedno z moich imion, które, jak widzę, odgadłaś. Możesz mnie tak nazywać. No to jak, pomożesz mi? Zaprowadzisz mnie tam?
Dziewczynka skinęła głową.
Ruszyli przez osadę w stronę lasu. Dzień pomału chylił się ku wieczorowi, a złote słońce ogrzewało drzewa wpadając jasnymi promieniami pomiędzy pnie. Dużo rozmawiali po drodze. Ona opowiadała mu swoje sekrety, o których nie wiedziała nawet jej matka ani bracia, on śmiał się do rozpuku z jej psot. Nie wstydziła się go, a on słuchał każdego jej słowa. Czasami przystawał, gdy opowiadała coś szczególnie niewiarygodnego i pytał z uśmiechem:
– Kruszynko, naprawdę?
A potem zanosił się szczerym, głośnym śmiechem, a nawet łapał się pod boki. Rozmawiając i śmiejąc się razem szybko pokonali kawał drogi, który dzielił ich od młyna. W końcu byli już bardzo blisko.
– To już tutaj, za rogiem – powiedziała cicho Sława – Tutaj mieszka kobieta, której szukasz…
Z twarzy Przyjaciela nagle zniknął uśmiech. Stał się niesamowicie poważny. Ku zdziwieniu dziewczynki zaczął zdejmować z siebie płaszcz. Rzucił go na ziemię. Miał na sobie dziwne ubranie, którego dotąd nie widziała. Miał też coś dziwnego na plecach. Jakieś dziwne znaki, które widziała po raz pierwszy w życiu.
–  Poczekasz tu na mnie? – spytał – Nie możesz iść dalej ze mną, ale wrócę tu po ciebie.
Dziewczynka skinęła w milczeniu głową. Mężczyzna szybkim krokiem ruszył w stronę zakrętu i wkrótce zniknął jej z oczu. Mimo tego, że był już daleko, wydawało się jej, że słyszy jego głos.
– Pamiętaj, czekaj tu na mnie…
Stała przez chwilę bez ruchu. Rozglądała się nerwowo wokół siebie, ale nic się nie działo. Wieczór był już bardzo blisko. W lesie robiło się coraz ciszej. I wtedy gdzieś, między drzewami zauważyła ciemną postać. Wyglądało na to, że ktoś się jej przygląda. Od razu przypomniała sobie wszystkie straszne opowieści swojej matki o tym miejscu. Nie mogąc opanować strachu rzuciła się w stronę zakrętu, za którym niedawno zniknął Przyjaciel. Pędziła ścieżką, ale nie odważyła się krzyczeć. Uważała tylko na korzenie drzew, żeby nie zaczepić o nie nogą i nie rozłożyć się na ścieżce. Zbliżała się do młyna i wtedy zauważyła coś, co zatrzymało ja w miejscu.
Przyjaciel stał na wprost wejścia do domu młynarki. Kobieta stała w drzwiach i przeraźliwie krzyczała, rzucała w jego stronę obelgi, jakieś przedmioty, przeklinała go i wyzywała. Ale on stał niewzruszony, choć niektóre rzucone rzeczy odbijały się od niego.
– Po co tu przyszedłeś!? – krzyczała – Nikt cię tu nie zapraszał! Myślisz, że tak łatwo ci ze mną pójdzie!? Mylisz się! Jestem silna!!
Przyjaciel nadal stał bez ruchu. Patrzył na wrzeszczącą kobietę. To musiało ją szczególnie zirytować, bo nagle niesamowicie krzycząc złapała stojące obok drzwi widły i ruszyła biegiem w jego kierunku. A on stał. Kiedy była już bardzo blisko, nagle przyklęknął na jedno kolano. Sława patrzyła na scenę z przerażeniem. Widziała, jak Przyjaciel szykuje się na atak kobiety klęcząc. Nagle zauważyła coś, od czego zrobiło się jej zimno. Przyjaciel wzbił wysoko w górę skrzydła. Swoje ciemne skrzydła, które pojawiły się gdzieś na jego plecach, potem owinął się nimi i wyciągnął drugą rękę w stronę pędzącej z wrzaskiem kobiety. Wtedy stało się coś niepojętego. W jego rękach pojawiło się światło, niesamowicie jasne i skupione, które zaczęło się poruszać w stronę kobiety. Ta stanęła w miejscu, ale światło dalej zbliżało się w jej kierunku. Młynarka rzuciła się więc do ucieczki, ale światło niebawem ją dopadło. Wtedy stanęła bez ruchu. Wyglądała tak, jakby światło ją sparaliżowało. Zastygła w pozie uciekającej osoby. Światło otuliło ją szczelnym całunem, okręcało się wokół niej. Dziewczynce wydawało się, że słyszy zduszony krzyk kobiety. A potem zaczęło się robić cicho, tylko strumień światła piął się wyżej i wyżej. Oderwał się od ziemi i unosił do góry. Sława zauważyła, że na dole widać pień drzewa. Czym wyżej podnosiło się światło, tym więcej było go widać. Jego kształt przypominał pozę zastygłej w ruchu, uciekającej młynarki. Sława zrozumiała. Przyjaciel zamienił złą kobietę w drzewo. Gałęzie drzewa były tak naprawdę wyciągniętymi w biegu ramionami kobiety. Były nimi kiedyś…
Przyjaciel klęczał tak długo, dopóki światło nie ukazało całego drzewa, a potem posłusznie wróciło do jego rąk. Wtedy wstał. Sława nie mogła dojrzeć, czy nadal jest otulony skrzydłami. Wtedy odwrócił się do niej. Był dość daleko, ale dokładnie słyszała jego głos.
– Dlaczego tam nie czekałaś? Przecież cię o to prosiłem…
Dziewczynka dopiero teraz rozpłakała się. Ze strachu, przerażenia i bezsilności.
– Tam ktoś był…– szlochała – Tam, między drzewami…bałam się…
Przyjaciel podszedł do niej. Wyglądał znowu tak samo, jak wtedy, gdy się rozstawali przed zakrętem. Położył rękę na jej główce i zaczął ją głaskać. W końcu przytulił ją do siebie i powiedział:
– Już dobrze, kruszynko…już dobrze…wracamy do domu…
Tym razem wracali przez las w milczeniu. Zrobiło się już szarawo, więc Sława wiedziała, że musi za niedługo być w domu. Inaczej matka i bracia będą jej szukać. O ile już nie szukają…
-Nie martw się, nie szukają – powiedział Przyjaciel uśmiechając się do niej.
Kiedy doszli na skraj lasu, mężczyzna nagle chwycił ją za rękę, nachylił się i powiedział:
– Nie możesz nikomu powiedzieć o tym, co dzisiaj widziałaś. Wiesz o tym, prawda?
Dziewczynka skinęła głową.
– Nie możesz też nikomu mówić, że mnie spotkałaś…
Sława spojrzała na niego i jeszcze raz skinęła główką.
– Odwiedzisz mnie jeszcze kiedyś? – spytała, a w jej oczach pojawiły się łzy.
Mężczyzna uśmiechnął się do niej i palcem otarł łezki, które zaczęły spływać po piegowatym policzku.
– Jeszcze kiedyś się zobaczymy, kruszynko, obiecuję – powiedział cicho – Ale minie wiele czasu, zanim się to stanie. Twoje życie musi się wypełnić…zapomnisz, jak wyglądałem i nie poznasz mnie…ale ja ci się przypomnę…a teraz musisz wracać do domu…musisz…
Mężczyzna puścił jej rączkę. Sława zaczęła się pomału oddalać od niego. Było jej bardzo smutno. Mimo tego, co widziała, nie bała się go. Wręcz przeciwnie, czuła do niego niesamowitą sympatię. Przyjaciel stał i patrzył za nią. Śledził ją wzrokiem tak długo, dopóki nie zniknęła między domami.
– Twój ojciec będzie z ciebie dumny. Powiem mu o tym…
A potem Przyjaciel ruszył ciemną ścieżką mijając osadę. Na dworze zapadały już ciemności, a on zniknął w nich bardzo szybko i bezszelestnie.
Od tego czasu nikt już nie widział młynarki. Ale do okolicy powróciło też szczęście. Ludzie przestali chorować, zniknął głód. Na twarze mieszkańców znowu powrócił uśmiech. Młyn pomału rozleciał się ze starości. Pozostało tylko drzewo, z gałęziami wyciągniętymi ku górze, jakby chciało wyrwać się z korzeniami i rzucić do szalonej ucieczki.
Kiedy wędrujecie po „Dioblinie”, przypatrujcie się drzewom. Być może znajdziecie to, o którym mówię. No bo przecież ciągle tam jest. A jeśli uda się wam je odnaleźć, przypomnijcie sobie Przyjaciela. To jego sprawka…

Blask Księżyca

Opowiadanie powstało na podstawie miejscowej legendy znanej mieszkańcom Kozłowej Góry, które opowiada o mieszkającej w lesie „Dioblina” złej kobiecie – młynarce. Miała ona być szczególnie nieprzyjemną i złośliwą osobą. Za swoje zachowanie została w końcu ukarana. Nikt nie wie, przez kogo i w jaki sposób.

← Powrót

Komentarze



0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments