KRZYSZTOF TURZAŃSKI
SŁAWA UMIŃSKA-KAJDAN

Krzysztof Turzański Sława Umińska-Duraj

2023-10-23

Zwycięstwo! Zostałem maratończykiem: 42 km 195 metrów – 3:57:35

Pokonać dystans 42 kilometrów. Zmierzyć się z własnymi słabościami. Przełamać granicę 4 godzin. Przekonać się na ile mnie stać. To wszystko w mojej głowie brzmiało niezwykle prosto – nie pierwszy raz podejmowałem jakieś wyzwanie. Czego się nie spodziewałem? Że będzie to najtrudniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem… Postaram się to wszystko wyjaśnić w tej krótkiej relacji.

Zacznę jednak od podziękowań.

Sukcesu nie osiąga się samotnie. Obok mężczyzny, który odniósł sukces, czasem w cieniu, stoi wyjątkowa kobieta, która go w tej drodze na szczyt wsparła. A przygotowania do maratonu zajęły parę dobrych miesięcy. I miały wpływ na życie rodzinne. Wszystko nie tylko wytrzymała moja narzeczona Marysia, ale jeszcze motywowała mnie do pracy. Zmuszała do wyjścia na trening, kiedy nie miałem na to ani sił, ani chęci. Jeździła ze mną na rowerze, podczas gdy biegałem kolejne dziesiątki kilometrów. Pilnowała mojej diety, treningów i była ogromnym wsparciem na każdym etapie. To właśnie ona czekała na mecie motywując mnie do biegu wbrew wszystkim przeciwnościom i wierząc, że osiągnę sukces. Dziękuję – jesteś wyjątkowa. To NASZ wspólny sukces.

Sława Umińska jest właściwie inspiratorką tego wyzwania. Gdyby nie jej pasja i pokonanie czasu 4 godzin na maratonie w Poznaniu – chyba w życiu bym się nie zdecydował. Ta nasza “rywalizacja” zmusiła mnie jednak do wysiłku, bo przecież nie mogę być “gorszy”. Sława zachęcała, motywowała, podpowiadała, przebiegła ze mną półmaraton w Tychach w ramach treningu i przygotowania i była moim największym kibicem. Choć to szalone, trzymała kciuki, żebym… pobił jej wynik. Kochana – jesteś wielka. Dziękuję.

Michał Kaszuba. Piekarski cyborg i mistrz długich dystansów zdecydował się zostać moim trenerem. Bez jego wskazówek, urozmaiconych i naprawdę ciężkich treningów nie osiągnąłbym wiele. Kiedy człowiek wie, że jego trening śledzi taki mistrz – nie można sobie pozwolić na słabość. Niczego nie można odpuścić. Nie można okazać słabości. Kiedy biegłem wiedząc, że On śledzi mój bieg – co do sekundy starałem się wypełnić przygotowaną strategię. Michała podziwiam, a dziś z perspektywy 42 kilometrów i tego jak czułem się na mecie… wiem jak bardzo jest niesamowity. Michał – dziękuję! Za wsparcie na każdym etapie, za treningi, za wyjątkową motywację.

    

Idź, biegaj – bieganie jest proste i tanie… Praktyka jest zupełnie inna. Nad tym sukcesem czuwał cały sztab ludzi. Trener, trening siłowy, regeneracja, radzenie sobie z kontuzjami, dieta, suplementy. Treningi do omdlenia na siłowni (jak ja nienawidziłem Denisa i jego ćwiczeń), masaże – podczas niektórych byłem dość niekulturalnie głośny… ćwiczenia stopy, która uparcie chciała produkować pęcherze, rozciąganie… Cały tydzień, rytm dnia dostosowany do celu…

Trener: Michał Kaszuba
Trener personalny na siłowni – Denis Pawelec
Fizjoterapeuci:
– Sabina Musialik
– Agnieszka Polak – Czornyj
– Zbigniew Żołnierczyk
– Aneta Mandrosa
Dieta i suplementacja  – Katarzyna Szołtysik

Drogie Panie, Szanowni Panowie – bardzo Wam dziękuję za pomoc i wsparcie. Bez Was ten projekt i marzenie nie zostałyby zrealizowane. Co prawda szybko do Was wrócę, bo teraz to nie umiem chodzić o bieganiu nie wspominając…

Nie mogę nie wspomnieć o doktor Justynie Złotoś-Hojce, która ratowała sytuację, bo przed maratonem złapałem paskudną infekcję, która mnie osłabiła. Wygrałem z wirusem i dzień przed startem dostałem “zielone światło” na bieg. Dziękuję za pomoc.

    

No i wreszcie moi NAJWIĘKSI kibice, którzy przyjechali wspierać mnie w Poznaniu: Mariusz, Monika, Ania, Kasia. Ogromna niespodzianka i duże wsparcie. Kiedy były chwile zwątpienia musiałem biec, bo cholera… wszystkim byście opowiedzieli jak dałem ciała. Dziękuję. No i świetny baner: “fajne to bieganie… szkoda, że długie i nudne”!

Przebiegłem setki(!) kilometrów, schudłem ponad 10 kg, straciłem 11 cm w obwodzie brzucha. Osiągnąłem cel. Przebiegłem maraton, przeżyłem, złamałem 4 godziny i na dokładkę wyprzedziłem Sławę o… czterdzieści… sekund. I ona jest z tego najbardziej zadowolona.

A jak było? Czas na relację:

Dzień przed…

Marysia zawiozła mnie do Poznania. Pełny relaks, zero chodzenia. Jem i leżę. Dużo węglowodanów. Słoik dżemu. Banany. Ryba z makaronem. Ogromny stres. Nie umiem się na niczym skupić, ani uspokoić. Skupiam się na oddechu. Na szczęście udaje mi się zasnąć. I to szybko. Marysia nie śpi. Ona stresuje się za mnie.

Start

Atmosfera fajna. Rozgrzewka bez problemu. Tu już stres zaczyna mijać. Przyjeżdżają moi najlepsi kibice, więc oczywiście spóźniam się na start mojej grupy czasowej. Marysia przerażona. Przepycham się przez tłum. Włączam zegarek. Zaczynamy.

10 km

Michał Kaszuba zdecydował. Biegniemy w tempie 5:20. Prognozowany czas 3 godziny 45 minut. Na drodze tłum. Ciasno. Patrzę na zegarek: 4:55. Trener zrobi awanturę. Zwalniam. Wyprzedzam stopniowo biegaczy celujących w 4 godziny 30 minut, potem tych celujących w 4 godziny. Droga wolna. Tempo idealne: 5:20. Czuję się świetnie, jak na lekkim treningu. Czas na 10 km dokładnie taki jak kazał trener.

20 km

Wydaje mi się, że jestem cholernie silny. Mógłbym biec szybciej. Zwalniam, bo trener kazał… ale i tak jest świetnie. Najrówniejszy bieg w moim życiu. 5:20. Czas na 20 km idealnie założony.

30 km

Na każdym punkcie pomiaru czasu uśmiecham się do siebie. Trener patrzy i jest dumny. Na początku przyśniło mi się… że sił jest sporo i może jeszcze przyspieszę? Czas na mecie 3:45 jest realny! A może nawet szybciej… Na 25 km zauważyłem, że zwalniam… Niby nieznacznie, ale jednak. 5:25, czasami 5:30. Dobra, mam zapas czasu. Przyspieszę na końcu. A poza tym czas 3:49 też brzmi nieźle. Czas na 30 km niemal idealnie zgodny z założeniami trenera. Cholera będzie ze mnie dumny!

40 km

Najpierw zaczynam lekko odczuwać nogi. I zwalniam. Znacznie bardziej niż planowałem. 5:44, potem 5:50. Jestem zły, próbuję przyspieszać – już nie biegnę równo. Ale narzucam sobie spokój – mam zapas czasowy. Na 36 kilometrze skurcz. Prawie się wywracam. Zatrzymuję się. Idę. Biegnę. Czas kilometra 6:33. Wściekam się, zaciskam zęby i biegnę. Boli jak cholera, ale przyspieszam. 6:00. Na więcej mnie nie stać, a miał być sprint na finiszu. Na 38 km widzę faceta jak siedzi na krawężniku i płacze. On już dalej nie pobiegnie. Zaczynam mieć obawy, że skończę jak on. Łapią mnie skurcze ręki (przez moment myślałem, że to zawał). Potem plecy. Wciskam w siebie wszystko co mi zostało: żele energetyczne, izotonik. Jeszcze godzinę temu marzył mi się wynik 3 godziny 40 minut. Teraz zaczynam się bać o złamanie 4 godzin.

42, 195 km

Nie ma zmiłuj. Została końcówka. Zaciskam zęby i już tylko siłą woli przyspieszam. 5:33. Tak właśnie miałem biec. Widać bramę. Moi najlepsi kibice krzyczą i dopingują. Przebieram nogami ostatkiem sił. Na mecie stoi Marysia. Jeszcze sto kroków. Na tablicy czas 4:01. Mam ochotę płakać. Marysia woła – zrobiłeś to! 3:57!!!! Na tablicy jest czas brutto, ja wystartowałem z ostatnia grupą. Udało się.

Ogromny wysiłek, ogromne emocje. Podziwiam biegaczy, którzy mierzą się z takimi dystansami regularnie. Ja pokonałem w Poznaniu dwa maratony – pierwszy i ostatni. Marysia prowadzi mnie pod prysznic. Po drodze piję i jem coś słodkiego. Nie pamiętam co. Ledwo chodzę. Musi ściągać mi buty. Skurcze nie dają mi żyć, ale widziałem osoby w gorszym stanie – leżące w kałużach na betonie.

Kilka pamiątkowych zdjęć. Kilka chwil z przyjaciółmi. Kuśtykamy do auta. Powoli. Podróż to niekończące się przerwy na wyprostowanie nóg. Marysia musi mi pomagać we wszystkim. Ledwo żyję.

Nieprzespana noc. Za dużo emocji, adrenaliny i kofeiny. No i te cholerne skurcze. Rano wchodzę do jeziora. Stoję w zimnej wodzie kilkadziesiąt minut. Po południu powtórka. Udaje mi się dotrzeć do pracy. Sława naprawdę się cieszy, że “skopałem jej kościsty tyłek”.  Gratulacje, uśmiechy. Fajna atmosfera. No i tyle. Wyzwanie, marzenie odhaczone.

 

Dziękuję Wam wszystkim, że towarzyszyliście mi w mojej przygodzie. Dzięki radnym za wiadomości ze wsparciem, dursiom za kibicowanie, wsparcie i motywacje. To była przygoda życia.

Do zobaczenia… na starcie.

 

 

 

PS. Humorystycznie… na koniec. Jak ocenił mój zegarek przebiegnięcie maratonu? Po treningach z Kaszubą? Pikuś. Regeneracja. Jak już sobie odpocznę mam wrócić do porządnych treningów…

← Powrót

Komentarze



Uwaga! Dyskusja jest moderowana raz dziennie (zwykle rano) - komentarze nie pojawiają się od razu w momencie publikacji. Komentarze nie związane z tematem posta, obraźliwe, wulgarne nie są publikowane. Jeśli nie widzisz swojego komentarza sprawdź MOJE ZASADY i REGULAMIN

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
10 komentarzy
Newest
Oldest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
LEON z Piekor
LEON z Piekor
2 lat temu

Gratuluje Panie Krzysztofie !!
Ja osobiście, dużo się ruszam ,gram ,jeżdżę na kole, ale dystans 42km , a nawet 30 byłby dla mnie niemożliwy do zdobycia. Jesteśmy w podobnym wieku dlatego wyciągam rękę i gratuluję ogromnego sukcesu.

Aneta
Aneta
2 lat temu

Ogromne gratulacje oczywiście za znakomity wynik, ukończony maraton, siłę ducha i walki oraz determinację. Wiedziałam, że tak będzie :), już od wejścia do gabinetu na pierwszej wizycie. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie przychodzi sobie zbadać stóp z ciekawości, żeby sprawdzić czy rzeczywiście bada się stopy 90 min :). Tak postępują tylko silni i zmotywowani zawodnicy. To ja dziękuję, w imieniu całego team, za zaufanie, stosowanie się do zaleceń i ten nigdy nie schodzący z twarzy uśmiech.

Mariusz
Mariusz
2 lat temu

Nigdy nie zwątpiliśmy w Ciebie

Michał
Michał
2 lat temu

Roześmiana twarz na mecie, emocje w relacji – tak smakuje sukces, tak cieszy maraton, tyle radości daje sportowe spełnienie. Wykonałeś fantastyczną pracę, udowodniłeś sobie i malkontentom, że determinacja, poświęcenie się celowi zazwyczaj się opłaca. Maraton to ekstremalne wyzwanie dla ciała i głowy, ale to też niezwykle wyczerpująca droga, aby ukończyć go poniżej 4 h, a w naszm branżowym środowisku, to właśnie złamanie tej magicznej bariery świadczy o klasie i uznaje się ze się go za przebiegnięty a nie odbyty. Jako osoba, która wskazała Ci niełatwy kierunek przygotowań (nie trener!!!), jestem bardzo dumny z Ciebie i kamień z serca, że jest końcowy sukces. Miło, że mnie chwalisz i dziękujesz, ale moja cegiełka jest niewielka, bo to Twoja zasługa i w tym zakresie możesz być egoistą! Mam nadzieję, że biegowy bakcyl nie minie Ci za szybko i Twoje zapowiedzi to tylko zasłona dymna.

Gregory
Gregory
2 lat temu

Gratuluję pokonania swoich słabości.

Andrzej
Andrzej
2 lat temu

Gratki !
Ktoś mądry nie do końca znany powiedział …
… pierwszy tatuaż nigdy nie jest ostatnim.
Podobno tak samo jest z martonem 🙂

finy
finy
2 lat temu

Gratuluję osiągnięcia, motywacji i ekipy! Przy okazji, bardzo dobrze czytało się ten tekst. Pozdrawiam!