KRZYSZTOF TURZAŃSKI
SŁAWA UMIŃSKA-DURAJ

Krzysztof Turzański Sława Umińska-Duraj

2013-01-20

Tajemnica Winnej Góry

Na szczycie góry stało stare, ponure zamczysko. Jego mury pamiętały czasy, gdy wokół tworzyły się osady, a ludzie mówiąc w różnych językach wydzierali puszczy kawałki ziemi, by zbudować sobie skrawek swojego miejsca na Ziemi. Góra zawsze wyniośle dominowała nad okolicą, jakby była strażnikiem tej ziemi. Milczącym, potężnym i niewzruszonym. Jednak ludzie nie zapędzali się tam, bo miejsce cieszyło się złą sławą. Nie chodziło tylko o stare, kamienne mury, które kryły w sobie niejedną tajemnicę, ale raczej o mieszkańców tego miejsca, których lepiej było unikać. Nie należeli do ludzi, którzy wzbudzali sympatię. Mało kiedy opuszczali zamek, a kiedy już się to stało, byli bardzo nieprzyjemni wobec tych, których napotkali. Wszystkich traktowali z wyższością. Chłop był dla nich chłopem, czyli nikim ważnym. Lubili popisywać się swoim bogactwem i prowadzili wybitnie hulaszczy tryb życia. Okoliczne wioski były pełne ludzi, którzy cały swój majątek zawdzięczali codziennej, ciężkiej pracy. Znali wartość każdego grosza, na który musieli zapracować w pocie czoła. Ale nie bali się pracy i trudów codziennego życia. Ich ziemia pozwalała im żyć. Dla mieszkańców zamku ich praca była nic nie warta, niegodna tego całego poświęcenia i szacunku. Ludzie często zastanawiali się, skąd wzięło się bogactwo mieszkańców zamku. Jedni mówili o wielkich skarbach ukrytych gdzieś w jego posępnych lochach, które kiedyś zgromadzone miały wystarczyć na całe pokolenia. Inni twierdzili, że pyszałkowaci bogacze zaprzedali swoją duszę diabłu, a ten obiecał im życie w luksusach, za które w przyszłości mieli ciężko zapłacić. Tak czy inaczej nikt ich nie lubił i stroniono od ich towarzystwa. Kiedy się zjawiali w okolicznych karczmach, głośni i natarczywi, ludzie wychodzili zostawiając nawet niedopite kielichy trunków. Byle dalej od nich.
U stóp góry biegł stary szlak handlowy łączący Bytom z Opolem.  Utwardzona droga, czasami wysypana potłuczonym kamieniem, była jednym z najczęściej uczęszczanych szlaków w okolicy. Biegła zaraz u podnóża góry, która gęsto obrośnięta drzewami tylko bardzo spostrzegawczym pozwalała dostrzec wśród listowia kamienne mury. Omszały kamień przez wieki pokrył się zielonym nalotem, który doskonale maskował swoim kolorem zamek wśród drzew. Pnie rosły tak gęsto siebie, że trudno się było między nimi przecisnąć, a sam las był tak zaniedbany, jakby komuś zależało, żeby nikt nie mógł się dostać na górę. Powalone pnie zagradzały i tak wąskie przejścia, tak też trzeba było mieć sporo uporu i siły, by wspinać się pod górę. Nad zamkowymi murami górowała niewielka wieża, z której musiał się rozpościerać doskonały widok na całą okolicę. Ludziom, którzy z jakiś powodów podeszli bliżej zamku wydawało się, że na owej wieży zawsze ktoś stał i bacznie obserwował okolicę.  Bano się tej nieruchomej postaci, gdyż wyobrażano sobie, że sam diabeł rozgląda się po bożym świecie szukając swoich kolejnych ofiar.
Płynął dzień za dniem, ludzie byli zajęci swoimi codziennymi sprawami, ale coraz częściej mówiono o dziwnych rzeczach dziejących się w okolicy. Jakiś chłop, który sprzedawał zboże na targu w Bytomiu przywiózł wieści, iż od jakiegoś już czasu mieszkańcy tego miasta szukają kupców, którzy w zeszłym roku opuścili mury Bytomia i ruszyli w dalszą drogę. Sprzedawali bardzo drogie i piękne sukno, dzięki czemu dobrze ich zapamiętano. Kupcy zadowoleni z utargu w mieście spędzili wesołe chwile przed swoim wyjazdem w karczmie, gdzie zwierzyli się ludziom, iż przez Opole mają zamiar dostać się do Wrocławia. Wyjechali następnego dnia. Dopiero po kilku miesiącach mieszkańcy Bytomia, którzy handlowali we Wrocławiu srebrem dowiedzieli się, że nikt taki nigdy tam nie dotarł. Zaciekawieni w drodze powrotnej pytali się również w Opolu, ale tu także nikt ich nie widział. Zaginęli bez wieści. Kilka tygodni temu w Bytomiu zjawił się syn jednego z kupców, który szukał swojego zaginionego ojca. Niestety nie udało mu się odnaleźć nawet najmniejszego śladu.
Innym razem ksiądz z piekarskiej parafii opowiadał, że stronę Bytomia mieli się zamiar udać czescy kupcy, którzy w Opolu sprzedawali drogie srebrne wyroby. Ksiądz zainteresował się przepięknym srebrnym kielichem, bardzo misternym i pełnym gracji, który zamierzał kupić. Czesi zażądali za niego sporo pieniędzy, ale kielich i tak był ich wart. Ksiądz zdecydował się na zakup, ale nie mając przy sobie takiej kwoty pieniędzy zaproponował, by kupcy po drodze zajrzeli do jego parafii, gdzie będą mogli dokonać transakcji. Sam wrócił szybciej do domu.  Czesi musieli jeszcze zostać w Opolu, ale i tak wracali tym szlakiem, więc było im po prostu po drodze. Ucieszyli się z decyzji księdza i obiecali, że zjawią się za parę dni. Ksiądz czekał bezskutecznie kilka tygodni. Po kupcach nie było nawet śladu. Potem jeden z jego przyjaciół, ksiądz z Opola, odwiedzając go był bardzo zdziwiony, gdy dowiedział się, że do transakcji nie doszło, bo sam na własne oczy widział, jak kupcy parę dni później opuszczali Opole.
Pewnie opowieści by przybywało, gdyby któregoś dnia, przez zupełny przypadek, wszystko się nie wyjaśniło. Otóż jeden z miejscowych chłopów, solidnie popiwszy szwagra w świerklanieckiej wiosce, wracał późną nocą do swojego domu. Jego rodzina nie chciała go wypuścić, ale z drugiej strony wiedziano, jakie piekło urządzi ich krewnemu jego nerwowa i rzutka małżonka, gdy ten nie wróci na noc. Tak też chłop powoli posuwając nogami starał się walczyć z wirującym światem i krok po kroku zbliżał się w stronę Kozłowej Góry starym handlowym szlakiem. Było strasznie ciemno, bo księżyc skrył się gdzieś za grubym całunem chmur, a wiatr przeraźliwie wył między koronami drzew. Każdy trzask powodował, że chłop szedł coraz prościej, bo co prawda miał solidną i krzepką posturę, ale w jego duszy odezwały się głosy z przeszłości. Jego babka opowiadała mu o złym lesie, o jego złośliwych i złych mieszkańcach, o utopcach, które w ciemne noce wędrowały po lesie i o nieszczęśnikach, którzy zagubiwszy się gdzieś w jego gęstwinie zmarli, do końca szukając powrotnej drogi do domu.
Chłop nagle stanął. Gdzieś przed sobą usłyszał głosy. Ale nie była to rozmowa, a raczej wołanie o pomoc. Stłumione wiatrem, przeraźliwe wołanie o litość. Chłop nerwowo rozglądał się dookoła, ale niczego nie mógł zauważyć. Przerażony ruszył dalej, a odgłosy szamotaniny i wołanie o pomoc stawały się coraz głośniejsze. Zwolnił, a wręcz zaczął się skradać. Już miał zamiar zawrócić, ale perspektywa powrotu przez przerażający las wydawała mu się nie do pokonania. Nagle padł na ziemię. Gdzieś w ciemnościach zauważył ruch. Leżał przerażony bojąc się poruszyć nawet palcem. Zresztą i tak by nie mógł, bo strach go całkowicie sparaliżował. I wtedy księżyc wyszedł zza chmur. Chłop zauważył stojące na trakcie dwa wozy zaprzężone w solidne, silne konie. Na każdym z nich stały jakieś postacie nerwowo rozrzucając rzeczy. Bez wątpienia czegoś szukali. Można się było tylko domyślać, że szukają czegoś cennego.  Wzdłuż drogi klęczało kilka postaci. Chłopu wydawało się, że widzi też dwoje leżących bez ruchu ludzi, ale bał się podnieść wyżej, żeby nie zostać zauważonym. Obok klęczących kręciło się kilku ludzi trzymających w rękach odkryte miecze. Jeden z nich, wielki jak dąb, dzierżył nawet solidny topór.  Co chwilę rozmawiali z tymi, którzy przeszukiwali wozy. W końcu ten z toporem złapał jednego z klęczących, z niesamowitą siłą podniósł go do góry, aż w końcu rzucił im o ziemię. Chłop usłyszał odgłos padającego ciała i zduszony krzyk.
– Gdzie to schowałeś!? – wrzasnął  wielkolud – Gdzie!!?
Napastowany przez niego człowiek usiłował wstać, ale solidne uderzenie w twarz powaliło go z powrotem na ziemię.
– Nie chcesz powiedzieć!? To inni powiedzą! – wielkolud wziął szeroki rozmach i wbił swój topór w przerażonego człowieka. Rozległ się wrzask, który po chwili ucichł wraz z życiem uciekającym z ciała nieszczęśnika.
– Dajcie mi następnego… –  zwrócił się morderca do jednego ze swoich towarzyszy – Wyduszę to z nich…
Kiedy wleczono kolejną ofiarę, jeden z przeszukujących wozy nagle wrzasnął z radości. Znalazł to, czego szukali. Pozostali szybko podbiegli do wozu i szybko rozmawiając między sobą sprawdzili zawartość skrzyni, którą znalazł ich towarzysz. Po chwili zadowoleni spokojnie odeszli od wozu. Wielkolud stanął na środku drogi i czyszcząc swój topór o trawę spokojnie rzekł:
– Zabijcie ich wszystkich. Ciała wrzucić do jeziora. Wozy do lasu i spalić. Do brzasku nie ma pozostać po nich żaden ślad. Ja wracam do zamku.
To trwało chwilę. Nieszczęśnicy szybko i kolejno padali od uderzeń mieczy. Nikt nie próbował ucieczki. Nie mieli żadnych szans. Wszystko odbywało się w przerażającej ciszy. Wielkolud w tym czasie podniósł z wozu skrzynię i niósł ją lekko, jakby nic nie ważyła.
Zamku? – zastanowił się chłop – Jakiego zamku?
I nagle zrozumiał. Zobaczył, jak wielkolud wyprowadza z ciemności swojego konia. Chłop widział go nieraz. Był jasnej maści i miał charakterystyczne, ciemne plamy, dzięki którym wyglądał jak krowa. Teraz dopiero skojarzył, iż kiedyś obserwował, jak mieszkańcy zamku na Winnej Górze przejeżdżali z krzykiem przez wieś lejąc po łbach chłopów, którzy nie zdążyli uskoczyć im z drogi, a niektórych z nich nawet częstując solidnymi kopniakami.  Zapamiętał konia i jeźdźca, który wyglądał jak opity obżartuch, a nie jak okrutny morderca z toporem. Przynajmniej tak mu się wtedy wydawało.
Chłop nie ruszył się z miejsca, dopóki nie dobiegł końca przerażający ceremoniał zacierania śladów strasznej zbrodni. Kiedy w końcu ostatni ze zbójców zniknął w ciemności, chłop po dłuższej chwili odważył się wstać i chwiejnym ze strachu krokiem, na miękkich nogach ruszył przez noc w dalszą drogę. Gorzałka wywietrzała z niego całkowicie. W myślach dziękował Bogu za ocalenia, bo przecież jako świadek mordu nie uszedłby z życiem. Kiedy w końcu nad ranem wrócił do wsi, opowiedział wszystko najpierw żonie, a ta wysłała go do księdza. Ten wysłuchawszy opowieści zabrał go na wóz i razem pognali do Bytomia, by wszystko przedstawić rajcom miejskim. Zareagowano szybko. Wkrótce do Winnej Góry wyruszył korowód zbrojnych, których zadaniem było pojmanie morderców, doprowadzenie ich do miasta, gdzie miała być im udowodniona wina. Kiedy już tam doszli, zastali zamkniętą na głucho solidną bramę zamku. Dużo czasu zajęło im sforsowanie tej przeszkody, ale w końcu dostali się do środka. Rozpoczęły się poszukiwania. Przetrząśnięto każdy kąt zamku, każde pomieszczenie. Odsuwano każdy mebel. Ktoś zwrócił uwagę, że na wielkim, dębowym stole stał jeszcze niedokończony posiłek. Znaleziono wiele cennych rzeczy, z których niektóre leżały porzucone niedbale w zamkniętych komnatach. Mnóstwo bogactwa, ale ani śladu właścicieli. Podejrzewano, że umknęli gdzieś ukrytym przejściem, którego usilnie szukano. Bezskutecznie. W końcu oświadczono, że diabeł zabrał to, co do niego należało, czyli dusze mieszkańców, więc daremnie ich poszukiwać. Zbrojni obładowani znalezionymi rzeczami wrócili do Bytomia. Zamek odtąd stał pusty popadając w coraz większą ruinę. Po czasie zawaliła się wieża, z której dawni mieszkańcy warowni wypatrywali swoje ofiary. Ale morderców nikt nigdy już nie widział. Natomiast sam szlak stał się jednym z najspokojniejszych w okolicy, co wyjaśniało sprawę wcześniejszych zaginięć.
Minęło wiele, wiele lat. Po zamku nie pozostał już żaden ślad oprócz kilku kamieni zalegających gdzieś między drzewami.  Ludzie przestali się bać góry, las uporządkowano i coraz częściej zapuszczano się w nim szukając jagód, słodkich jak miód malin czy brązowych i wilgotnych kapeluszy grzybów. Przez okoliczne ziemie przetoczyła się niejedna zawierucha, zmieniały się pokolenia ludzi, a góra jak stała, tak stoi. Kiedy w niedalekim sąsiedztwie dogorywała targana rozbiorami Rzeczpospolita, na Śląsku od dłuższego czasu zadomowili się pruscy Hohenzollernowie. Właśnie wtedy, pod koniec XVIII wieku zapadła decyzja o budowie na szczycie góry wieży, z której miał się roztaczać wspaniały widok na okolicę. Ale nie po to ją wybudowano. Miała służyć jako punkt obserwacyjny, z którego pilnujący strażnik miał dostrzec pożar lasu. Właścicielom tych ziemi, Donnersmarckom, bardzo zależało na tym, by ich piękne, pełne zwierzyny lasy pozostały w stanie nienaruszonym. Tak też solidne mury wieży służyły obserwatorom przez wiele, wiele lat. Niejeden pożar udało się zlokalizować i dość szybko ugasić. Czasami niestety żywioł okazał się być silniejszym od ludzkiej determinacji i ogień w niesamowitym tempie trawił przepiękne i majestatyczne drzewa, a przerażone zwierzęta uciekały w popłochu. Potem, gdy nad świat nadciągnął kolejny kataklizm, jego ofiarami stało się wielu okolicznych mieszkańców, których ubrano w mundury i kazano im strzelać. Robili to na rozkaz w miejscach tak dalekich od ich domu. Strzelali do ludzi, których w ogóle nie znali i którzy nic im nie zawinili. Z wieży obserwowano teren, bo przecież tak blisko była granica wrogiego państwa. Jej kamienne mury przetrwały I wojnę światową i widziały kobiety opłakujące tych, którym nie udało się z niej powrócić. Ale nikt nie naprawiał wieży, tak też pomału zaczęła się rozsypywać. Tak samo, jak to kiedyś było z murami zamku.
Śmiałkowie zaczęli grzebać w jej ruinach.  Szukano skarbów bądź po prostu dreszczyka emocji. Ale odwiedzający owo miejsce coraz bardziej przyczyniali się do odejścia wieży w zapomnienie. Znikała kamień po kamieniu. Pewnego dnia ktoś dokopał się do jej fundamentów i znalazł w starej ścianie łukowato sklepione drzwi. Nie miały zamknięcia, a ciemny tunel ciągnął się tylko kilka metrów, gdyż dalej znajdowało się rumowisko kamieni i ziemi.  Dalszej drogi nie było. Ktoś stwierdził, że tunel biegnie w kierunku Świerklańca i wtedy przypomniano sobie dawne opowieści o zamczysku, zbójcach i ich zniknięciu bez wieści.  Oczywiście podejrzewano, że tajemnicze przejście biegnie aż do świerklanieckiego zamku na wyspie. Byli też tacy, którzy twierdzili, iż udało im się znaleźć inne wejścia i wędrowali setki metrów wilgotnymi i ciemnymi kamiennymi korytarzami.  Ale nigdy nie potrafili ponownie odnaleźć wejścia do tunelu. Gdy ktoś zaginął w okolicy, mówiono, że pewnie zgubił się gdzieś w labiryncie korytarzy.
Dzisiaj nie ma śladu po zamczysku, zbójcach, wieży i podziemnym przejściu, a nawet i pałacu Donnersmarcków, który spłonął w 1945 roku. Ale pozostała Winna Góra. Stoi tak samo, jak przed wiekami. Nic się nie zmieniło. Jeśli mi nie wierzycie, to idźcie ją odwiedzić.

Blask Księżyca

* Opowieść powstała na kanwie tradycyjnych opowiadań mieszkańców Kozłowej Góry dotyczących Winnej Góry, pobliskiego wzniesienia, o którym mówiono, iż na jego szczycie znajdowało się tajemnicze zamczysko. Opowiadano także, że w średniowieczu z tego wzniesienia zbójcy obserwowali drogę prowadzącą z Bytomia poprzez Kozłową Górę, Świerklaniec, Żyglin aż do Opola i napadali kupców wiozących tamtędy towary. Pojawiła się też znana do dzisiaj legenda o tajemnym przejściu łączącym górę ze świerklanieckim zamkiem. Opowieści te przytacza w swoich kronikach F. Zając. Wiadomo również, że na szczycie góry stała potem kamienna wieża, która spełniała zadania obserwacyjne i służyła także do celów wojskowych w czasie I wojny światowej. Wybudowana ją podobno po trzecim rozbiorze Polski, ale zachowała się niestety tylko do 1947 roku.

← Powrót

Komentarze



0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
turysta
turysta
7 lat temu

Nie calkiem prawda na szczycie jest spora ruina boki ruiny maja po kilkadziesiat metrow dlugosci i sa widoczne ruina porosnieta jest drzewami napewno ponad stuletnimi i wiecej zamek musial miec podobny uklad co w Bedzinie i podobna wielkosc co ciekawe po dzialalnosci Donesmarkow sa nawet kable elektryczne kanaly techniczne jedna wierza stoi czesciowo ale sa slady po kilku wierzach. .Tak wiec jest ciekawie .

Piekarzanka
Piekarzanka
5 lat temu
Reply to  turysta

Turysto, ruiny o których mówisz nie stoją na Winnej Górze tylko na wzniesieniu na terenie Świerklańca i są to ruiny po zabudowania Donnersmarcka.