2017-08-04
Zaliczyłem Tour de Pologne Amatorów!
Czesław Lang zaprosił mnie na Tour de Pologne Amatorów. Dziękuję mu za to i… szczerze go nienawidzę. Myślicie, że półmaraton czy masakrator to jest wyzwanie? Spróbujcie wjechać na Ścianę Bukovina… Wyścig zaliczony, plan wykonany, a jak wrócę za rok, to się zmierzę z tymi cholernymi górami na własnych warunkach…
Jazda w górach to zupełnie coś innego niż po płaskim terenie. Przekonałem się o tym boleśnie na własnej skórze. I nie wszystko można zrobić bez przygotowania, a ja pojechałem tak… z marszu.
Plan minimum – ukończyć wyścig w czasie i nie być ostatnim. Po drodze apetyt rośnie, bo jedzie mi się… fantastycznie. Mimo, że nastawiałem się na rozsądne tempo – naciskam na pedały i gnam ile sił w nogach. Na zjazdach oblatuje mnie strach i hamuję, ale i tak prędkość to prawie 80 km na godzinę. Zaczynam myśleć o czasie 2,5 godziny.
Atmosfera fantastyczna, świetni ludzie, wsparcie kibiców, słońce i piękne widoki. Naprawdę mi się podoba, a średnia rośnie. Prawie 30 km na godzinę.
A potem… Podjazd w Gliczarowie. Przede mną rowerzysta leci na plecy i wpada do rowu. Mnie skurcze nóg prawie zwaliły z roweru. Sportowa złość i bezsilność. Przerażony zrozumiałem, że mogę w ogóle nie dotrzeć do mety. To się nie może tak skończyć! Ale z tym bólem nie można wygrać. Leżę, ktoś z uczestników masuje mi uda. Kilka mocnych uderzeń. Mam łzy w oczach, ale ruszam. Może dotrę w czasie poniżej trzech godzin.
Nie jestem wstanie jechać. Ostatnie kilometry to już nie walka z górą, czy z czasem – ale z całkowicie zablokowanymi i sztywnymi nogami, bólem i słabością. Muszę dotrzeć do mety! Ostatnia prosta i JEST!
Ukończyłem Tour de Pologne Amatorów pokonując w górach 58 kilometrów w czasie 3 godziny 13 minut i 13 sekund. Pozwoliło mi to zająć 1787 miejsce na 2500 uczestników.
Wiem! Dla wielu osób to żadne osiągnięcie, ale dla mnie to było wyzwanie. Pamiętajcie, że pojawiłem się w gronie osób, które rower traktują znacznie bardziej poważnie niż ja. Wśród amatorów przecież znajdziecie także wiele znanych nazwisk kolarskiego świata…
Podsumowując. Jest we mnie sportowa wściekłość, bo wiem, że była szansa na dużo lepszy wynik. Może nie trzeba było forsować tempa? A może za mała przerwa po półmaratonie i masakratorze? Na pewno zapłaciłem za brak treningów. Schodzi ze mnie napięcie, ledwo chodzę, ale cieszę się, że sprostałem. A poprawić się postaram za rok.
PS. Postaram się później sprawdzić wyniki osób z Piekar Śląskich (jeśli będą podane), bo na pewno ktoś wykręcił dobry wynik.
Komentarze
Uwaga! Dyskusja jest moderowana raz dziennie (zwykle rano) - komentarze nie pojawiają się od razu w momencie publikacji. Komentarze nie związane z tematem posta, obraźliwe, wulgarne nie są publikowane. Jeśli nie widzisz swojego komentarza sprawdź MOJE ZASADY i REGULAMIN
Gratulacje! Widziałem jak na tych podjazdach Peterowi Saganowi odcięło zasilanie. Widziałem jak te podjazdy rozprawiły się z innymi profesjonalistami, jak sklasyfikowały ich możliwości na N kategorii. Samo ukończenie takiego wyścigu przez amatora jest powodem do dumy.
Gratulacje.
80 na godz. powiadasz Pan ….hmmmmmmm a w którym momencie bo na wykresie nie widać?
Wg. licznika rowerowego 77,5; wg. endomondo 69.
Podziw, szacunek i gratulacje. Szczere, bez “łubu dubu” 🙂
Czy zadał Pan sobie kiedyś pytanie o przyczynę, źródło tych ekstremalnych wyzwań, które z taką emfazą Pan podejmuje? Katuje własny organizm, przekracza (wydawałoby się) rozsądne granice? Jest jakiś cel?
Bez względu na odpowiedź, bo to w końcu Pańska prywatna sprawa, chciałbym coś zaproponować.
Szanowny Panie Prezydencie, a gdyby tak któregoś dnia, najlepiej roboczego, podjął Pan wyzwanie przejścia naszego miasta.
Gdyby wyruszył Pan (oczywiście w “zwykłym”, nierzucającym się w oczy stroju) gdzieś od Dąbrówki czy Harcerskiej, przeszedł bocznymi uliczkami Brzezin, skręcił na “Manhattan”, przecinając go kilkukrotnie, zahaczył o Kamień z osiedlem Andaluzja i domkami z drugiej strony Oświęcimskiej. Gdyby skręcił Pan potem w Piekarską, Zapolskiej, pokrążył po bocznych ulicach w Szarleju, spojrzał na mniej uczęszczane rejony Osiedla Wieczorka, Wschodu i Józefki, a zakończył “spacer” w Kozłowej Górze.
Mógłby Pan mieć z sobą dyktafon i na bieżąco nagrywać spostrzeżenia.
Czy byłoby to dla Pana wyzwanie, równe tym sportowym? Czy widzi Pan sens i możliwości, jakie dała by taka przechadzka?
Tak mi przyszło do głowy, czytając relację z TdP Amatorów.
Trzymam kciuki i pozdrawiam.
Po prostu lubię aktywny wypoczynek, a wyzwania nie są aż tak ekstremalne jak się wydają. Kwestia wyboru pewnej ścieżki. Natomiast jeśli chodzi o spacer po mieście, to proszę mi wierzyć, że robię to regularnie, chociaż… korzystając z roweru. To bardziej efektywne. I spostrzeżeń nie brakuje, a nawet jak coś mi umknie, to mieszkańcy zwracają uwagę. Natomiast to nie znaczy, że można sobie ze wszystkim poradzić. W każdym razie nie szybko. To tak jak z wyzwaniami – mam w planach całą masę różnego rodzaju “akcji”, które jak dobrze pójdzie do 65 roku życia uda mi się zrealizować. Czyli mam plan na ponad 25 lat 🙂 Z miastem jest podobnie… Pozdrawiam
żałosny populista