Opozycja wykorzystuje niemal każdą okazję, żeby zaatakować prezydenta. W politycznym sporze łatwo jednak zapomnieć o jednej rzeczy: za każdym projektem i za każdym miejskim zadaniem stoją konkretni ludzie. Urzędnicy. Specjaliści. Osoby, które mają wiedzę, doświadczenie i odpowiadają za przygotowanie oraz realizację decyzji.
Wielu z nich pracuje w Piekarach od lat. Byli filarem działań prowadzonych jeszcze przez prezydenta Stanisława Korfantego. Później współpracowali ze Sławą Umińską-Kajdan. Są też tacy, którzy zaczynali w urzędzie jeszcze za czasów Andrzeja Żydka. Władze się zmieniają, kadencje mijają, a oni nadal wykonują swoją pracę.
Dlatego gdy polityczna krytyka zaczyna przybierać formę kpin czy publicznego podważania kompetencji, w praktyce uderza nie tylko w prezydenta. Uderza również, a może nawet przede wszystkim w tych ludzi.
Pierwszym, który powiedział to radnym wprost, był naczelnik Stanisław Jarząbek. Reagował na zarzuty dotyczące zasad sprzątania opadów z ulicy Konarskiego, które zgłosili radni opozycji. W jego ocenie publiczne podważanie uczciwości, kompetencji i profesjonalizmu urzędników – bez wcześniejszego sprawdzenia faktów – przekroczyło granicę.
I powiedział dość.
A to przecież naczelnik i jego wydział są tymi, których twarda postawa doprowadziła do skazania winnych zwiezienia do Piekar Śląskich niebezpiecznych odpadów. To oni umożliwili legalne wywiezienie tych odpadów. To oni pozyskali na to 2 miliony złotych ze środków rządowych.
Nie oczekują fanfar, podziekowań i podziwu. Oczekują jednak szacunku dla wykonywanej przez siebie pracy.
Dla wielu osób pracujących w administracji to nie jest abstrakcyjny spór polityczny. To ocena ich pracy i reputacji. Kiedy takie zarzuty padają publicznie, w trakcie sesji czy komisji, trudno traktować je wyłącznie jako element gry politycznej. To zwyczajnie uderza w ludzi.
Wydział inwestycji.
Zespół ludzi, który na co dzień mierzy się z rzeczywistością daleką od konferencji prasowych i politycznych deklaracji. To nie jest praca „na papierze”. To ciągła walka z wykonawcami wyłonionymi w postępowaniach publicznych – często nierzetelnymi, przeciągającymi terminy, unikającymi odpowiedzialności.
Najlepszy przykład – basen.
Przetarg, który ciągnie się miesiącami. Nie dlatego, że ktoś „nie chce”, tylko dlatego, że pojawiły się błędy projektowe i nierozwiązane kwestie techniczne po stronie projektantów. To nie są rzeczy, które można zamieść pod dywan. Albo się je poprawi, albo problem wróci na etapie budowy – i wtedy dopiero zaczynają się prawdziwe koszty.
Jak w takiej sytuacji wymusić na zewnętrznej firmie porządną pracę?
Prośby.
Wezwania.
Kary.
Groźba wypowiedzenia umowy.
Setki maili i telefonów.
Nieustanne uzupełnienia dokumentacji. Poprawki. Analizy. Spotkania.
To urzędnicy – w tym przede wszystkim fachowcy z uprawnieniami – pilnują, żeby nie zamknąć postępowania „na siłę”. Żeby wszystko było dopięte. Żeby nie zapłacić za coś, co nie spełnia standardów. Prosta zasada: nie budujemy niczego, co nie będzie dobre.
I w tym samym czasie pojawia się polityczna narracja i publiczne kpiny.
Radni, którzy nie mają styczności z tą codzienną pracą, z jej skalą i odpowiedzialnością, potrafią sprowadzić cały projekt do żartu. Tyle że to nie jest żart dla ludzi, którzy za to odpowiadają. W praktyce to jest śmiech z ich pracy.
A to nie pozostaje bez wpływu.
Tak jak w przypadku wydziału środowiska, pojawia się zwyczajna, ludzka reakcja. Złość. Frustracja. Poczucie niesprawiedliwości. Bo najłatwiej jest oceniać z boku. Znacznie trudniej wziąć odpowiedzialność za decyzje i ich konsekwencje.
Plany zagospodarowania przestrzennego.
Kolejny wydział. Urzędnicy, planiści, fachowcy.
To oni zbierają uwagi, wnioski i potrzeby mieszkańców. Przekładają je na konkretne zapisy. Przygotowują dokumenty, które mają umożliwiać rozwój – mieszkańcom i całemu miastu.
I robią to z uwzględnieniem rzeczy, których często nie widać na pierwszy rzut oka. Przepisów prawa. Obowiązków. Ograniczeń. Zagrożeń, które trzeba przewidzieć i minimalizować.
A potem zaczynają się wyzwiska.
Niby skierowane w stronę prezydenta. W praktyce trafiają w autorów tych dokumentów.
Podważają ich kompetencje. Podważają ich intencje.
Do tego dochodzi jeszcze jedno.
Publiczne „huczenie” o przejęciu władzy. Zapowiedzi porządków i zwolnień tych „nieudaczników”. Hasła rzucane czasem w emocjach, czasem pod wpływem chwili, może “pod wpływem” – ale wypowiadane głośno, przy ludziach, w szerokim gronie.
One nie zostają w próżni.
Docierają dokładnie tam, gdzie nie powinny. Do urzędników. Do ludzi, którzy codziennie przychodzą do pracy i robią swoje – niezależnie od tego, kto aktualnie rządzi. Do specjalistów, którzy odpowiadają za konkretne decyzje, dokumenty i inwestycje.
I co słyszą?
Że są problemem.
Że trzeba ich wymienić.
Że ich praca nie ma wartości.
To nie buduje sprawnego miasta. To nie poprawia jakości zarządzania. To nie przyspiesza inwestycji.
To podcina motywację i zaufanie.
Bo administracja samorządowa to nie jest anonimowa masa. To konkretni ludzie, z nazwiskami, doświadczeniem i odpowiedzialnością. I naprawdę trudno oczekiwać zaangażowania na wysokim poziomie, jeśli jednocześnie publicznie podważa się sens ich pracy.
Dziś każdy – bez wiedzy, bez znajomości prawa i przepisów – może w internecie publikować i mówić co chce. Bez względu na to, czy ma rację. Bez względu na to czy to prawda, czy całkowity fałsz.
Urzędnicy tak nie mają. Muszą trzymać się twardo rzeczywistości.
W przeciwieństwie do “internetowych specjalistów” – praca urzędników – jest na bieżąco kontrolowana przez instytucje i służby. Tu nie ma przestrzeni na błędy. Bo za błędy jest odpowiedzialność.
Także karna.

Komentarze
Uwaga! Dyskusja jest moderowana raz dziennie (zwykle rano) - komentarze nie pojawiają się od razu w momencie publikacji. Komentarze nie związane z tematem posta, obraźliwe, wulgarne nie są publikowane. Jeśli nie widzisz swojego komentarza sprawdź MOJE ZASADY i REGULAMIN
Czy prawdą jest że gmina posiada drony? Pan https://youtu.be/l4QmbzWF8c8 wspomina o tych dronach w 14 minucie i 13 sekundzie? Czy urzędnicy latali tymi dronami w miejscu w którym stoi pan na filmie?
Walka jest wszędzie w całej Polsce, jedni idą za Tuskiem, a inni za Kaczyńskim i społeczeństwo jest podzielone. Przed 89 rokiem polskie społeczeństwo było jednością dlatego obaliło komunizm, teraz politycy to wykorzystali przy pomocy mediów i podzielili Polaków na dwie części dzięki czemu walczą oni po między sobą. Gdy społeczeństwo jest podzielone korzystają na tym rządzący krajem i ci co prowadzę ekspansję naszego kraju ci co się bogacą naszym kosztem, więc nie jest to korzystne dla Polski i dla naszego społeczeństwa. To społeczeństwo powinno decydować o losach Polski, jednak gdy jest podzielone w chaosie decydują o tym inni np; Bruksela i tracimy wtedy bardzo wiele nie tylko się zadłużamy na kolejne biliony, ale stajemy się państwem słabym, państwem które łatwo jest wykorzystać od środka i z zewnątrz.