2014-08-19
Piekary, Gruzja i Kazbek 5034 m n.p.m.
W krótkim okresie czasu ta niepozorna i uznawana za “łatwą” góra dała nam w kość. I mieliśmy poważne obawy, że podobnie jak wiele innych ekip, będziemy musieli zejść ze szczytu pokonani.
Zmienność pogody, tak charakterystyczna dla gór, w Gruzji była niewiarygodna. Dosłownie w kilka minut piękne słońce potrafiły zastąpić burzowe chmury. I tak mieliśmy deszcz, grad, opady śniegu i wichury, które dosłownie wciskały namiot w podłoże (właśnie skończyłem prostować rurki).
Zbyt szybko ruszyliśmy na górę chcąc wykorzystać dobrą pogodę. Choroba wysokogórska dopadła nas na wysokości 4200 metrów, kiedy rozbiliśmy namiot. Akurat skończyło się okno pogodowe i musieliśmy w trudnych warunkach spędzić na tej wysokości dwie noce. Czego nie włożyliśmy do śpiworów – to zamarzło. W końcu wycofaliśmy się na dół.
Zdobywanie góry zaczęliśmy niby od nowa, ale z o wiele lepszą aklimatyzacją. I za drugim podejściem było już znacznie lepiej. Wykorzystaliśmy pierwsze okno pogodowe, żeby zaatakować szczyt. Satysfakcja ze zdobycia wierzchołka jest niesamowita. Nie będę tego opisywał – to po prostu trzeba przeżyć. A widoki? Zapierają dech w piersiach.
Zmęczeni, ale szczęśliwi zeszliśmy do naszego obozu na 4200 metrach, a na dół ruszyliśmy dopiero następnego dnia.
To niby wszystko, ale… Pierwsze podejście zajęło nam pięć dni i musieliśmy się wycofać. Po dwóch dniach odpoczynku wróciliśmy na Kazbek, żeby po dwóch dniach stanąć na szczycie. Zdobyłem swój mały Everest.
Na tej górze nauczyłem się wielu rzeczy i zdobyłem cenne doświadczenie. Jak powiedział jeden z polskich ratowników – nie jest to jednak najlepsze miejsce na naukę, bo w razie wypadku nie można liczyć na pomoc. Bezpieczniej jest wybrać się w europejskie góry, gdzie ekipy ratunkowe mogą dotrzeć śmigłowcem do poszkodowanych dosłownie w kilkanaście minut.
Kazbek, zaledwie pięciotysięcznik – dał mi w kość. Nie wiem jak dają sobie radę wspinacze idący znacznie dłużej i wyżej. Nagle nabrałem dla nich większego szacunku. Czy kiedyś ruszę ich śladem? Zobaczymy.
























Komentarze
Uwaga! Dyskusja jest moderowana raz dziennie (zwykle rano) - komentarze nie pojawiają się od razu w momencie publikacji. Komentarze nie związane z tematem posta, obraźliwe, wulgarne nie są publikowane. Jeśli nie widzisz swojego komentarza sprawdź MOJE ZASADY i REGULAMIN
Gratuluję ! Przede wszystkim uśmiechu, ale też determinacji.
Tak radosnego i zawziętego teamu nie było w tym roku na Kazbeku 😉
Pozdrawiam
Aniu, czy to Ty byłaś z nami na tej cudnej górze?
Ano ja. Macie nawet nazwę Coca-cola team 😉
Nazwa cudna! Ciekawe skąd się wzięła 😉
To czas planować kolejną wyprawę… Gdzie jedziemy? Dla odmiany 6 tys. metrów n.p.m?
Obowiązkowo 🙂
Jaszcze pióropusz na głowę . . .
😉
Krzychu, już po wywiadach dla mediów miejskich? 😉
A poważnie to jeszcze raz gratulacje, zwłaszcza, że nawet “walcząc” z górami pamiętałeś o założeniu koszulki nawiązującej do Piekar Śląskich. Może mała rzecz ale pozytywnie wymowna 🙂
Czyżby pierwszy piekarzanin na Kazbeku?
Chyba jeszcze nikt tak wysoko Piekar nie promował. 🙂
Jestem pod dużym wrażeniem – gratuluję i jednocześnie zazdroszczę energii, chęci, samozaparcia…. powodzenia na przyszłość
Fajna koszulka! To gadżet z UM? Dobra promocja miasta.
Cieszę się, że się podoba. To produkcja własna na bazie naszej “kolorowanki”. Myślę, że trzeba pomyśleć nad jakąś fajną koszulką z Piekar, bo to faktycznie efektywna metoda promocja. Jeśli ludziom podoba się wzór i noszą koszulki, to widać miasto. Np. w Bytomiu zrobiliśmy koszulki z lwem i faktycznie często je widuję. Ostatnio na katorżniku widziałem dwa lwy…
Wiedzieli, że koszulka po katorżniku nie będzie się nadawała do użytku to wzięli tą darmową :D. To teraz czas na Rewal ?.
🙂
Tak się zastanawiam, bo sam nie miałem okazji, ile wyciągasz na tej szosówce swobodnym tempem, bez wyciskania siódmych potów ?. Jak osiągasz 25km/h to cofam, że niewykonalne, bo to 590 km i ogólny zarys terenu to z górki z różnicą poziomów 300 metrów, więc ten szalony pomysł jest do zrealizowania, choć łatwo nie będzie :).
Jak jechałem na rowerze górskim, z wszystkimi gratami to średnio jechałem 25 km/h. W rozrachunku wszystkich 4 dni wyszło ok 23 km/h. Na szosówce przy lekkiej jeździe to jest 28 km/h, na dłuższej trasie daję radę trzymać 30 km/h. Maksymalna osiągnięta średnia to 35 km. Na trasie zrobienie 100 km zajęło mi 3 godziny. Problem jest nie w prędkości czy wydolności organizmu. Dla mnie największą barierą jest w tej chwili… siodełko. Po prostu nie jestem wstanie usiedzieć na rowerze więcej niż 5 godzin, bo wszystko zaczyna mnie boleć. Od tyłka zaczynając, przez ramiona, kark… Innymi słowy nie jestem wstanie pokonać tej trasy.
Ale generalnie – zadanie jest wykonalne. Jak już ruszę to żeby zwyciężyć. Z czasem. Z samym sobą. W takich zabawach o to właśnie chodzi. Ostatnio mój znajomy ukończył bieg górski na 100 km! Nie umiem wyjść z podziwu. 21 godzin w trasie i to górskiej. To dopiero jest niewykonalne. W porównaniu z tym 24h na rowerze brzmi jak bajka dla grzecznych dzieci…
Pozdrawiam
szacun !!
Zdjęcia cudowne ….. jak ze szczytu świata ….
Szacun i pdziw !!!!!!!