KRZYSZTOF TURZAŃSKI
SŁAWA UMIŃSKA-KAJDAN

Krzysztof Turzański Sława Umińska-Duraj

2021-10-31

Bieganie po górach? Zły pomysł…

Kondycji nabiera się w górach… To zupełnie coś innego niż bieganie po płaskim. Czy w górę, czy w dół – człowiek dostaje w tyłek. Wszystko przez te cholerne relacje Michała Kaszuby. Rzuca wyzwanie, jest inspiracją… i potem człowiek zalewa się potem. Ale przyznaję… widoki super. 

Biegam krótkie dystanse… Na szaleństwa w górach nie mogłem sobie pozwolić. Ale i tak jestem zadowolony. Zmęczony, obolały, ale zadowolony. I jest ta myśl… następnym razem będzie lepiej…

Niby nic, ale mnie dało w kość. Pojawił się też zapał i apetyt na więcej. Czas zacząć planować poważniejsze wyzwania?

Pozdrowienia dla Dariusza Gacka (MCIiT), który wytycza szlaki moich górskich wędrówek.

A teraz coś poważnego. Kilka słów prawdziwego Mistrza o pokonaniu 150 km w górskim biegu. Jak on to robi? Skąd taka kondycja? O czym myśli? Dlaczego mięśnie nie padają? Michał Kaszuba wyjaśni to najlepiej. Jego relacja z facebooka:

ŁEMKOWYNA ULTRA TRAIL 150 km – w filozofii MISIA…🥴
Michał, jak ty to zrobiłeś? Jak można przebiec 150km po górach? O czym ty myślisz podczas takiego biegu? Czy ty cały czas biegniesz? Czy ty coś jesz? Dziesiątki pytań, które pojawiły się przy jakże miłych gratulacjach, zmotywowały mnie do napisania poniższego elaboratu, bo wbrew mojemu postrzeganiu opisywania zawodów, może być to dla kogoś ciekawe.
Stojąc w sobotnią noc przed Pijalnią Główną w Krynicy Zdrój na starcie Łemkowyny 150 km byłem spokojny, skupiony na celu jaki mam w ciągu najbliższej doby do zrealizowania. Mimo tego przed oczyma miałem jeszcze ostatnią poniewierkę w Dolomitach, a w głowie tłoczyło się tysiące myśli: czy dam radę przebiec 150km, czy mój żołądek sobie poradzi, czy przygotowałem go odpowiednio, a może zniweczy dobrą formę fizyczną, na ile kolki utrudnią mi życie, czy po raz kolejny zdołam pokonać kryzysy i ile ich będzie, czy Beata, Ala i Karol bezpiecznie dotrą do punktów, pobiegnę sam czy z kimś, czy aby na pewno z ultra mi po drodze??? Na te pytania odpowiem sobie za … jakieś 17 godzin z hakiem …
Wybiła 1:00, 3,2,1 START i poszły konie w ciemną noc, która dla większości śmiałków nie będzie ostatnią…
Początek spokojny, grupa czołowych zawodników biegnie blisko siebie, czas upływa na rozmowach, ale wiadomo, że taka sielanka trwać wiecznie nie będzie. Pilnuję jedzenia – co 8 km wciskam żel, ale piję zachowawczo, aby nie spowodować kolek. Te oszczędności na pierwszym etapie zemszczą się szybko, ale na razie jest spoko i myślę co zjeść na pierwszym punkcie gdzie dotrę do mojego serwisu.
Ropki(ok 20km) i spotkanie z Beatą, Alą i Diabełkiem 😛 już za mną, biegnę dalej na sporym luzie w towarzystwie Dominika Grządziela i Maćka Dombrowskiego, czyli głównych faworytów tej zabawy. Przed nami znajduje się 3 zawodników i według informacji jakie otrzymujemy, ich przewaga stale się powiększa i na kolejnym punkcie w Wołowcu(43km) wynosi już kilka minut. Tam właśnie Dominikowi znudziło się nasze towarzystwo i chcąc porozmawiać na inne tematy wrzuca wyższy bieg i bez pożegnania rusza w pogoń, która finalnie okaże się udana i zwycięży z nowym rekordem trasy👍💥.
Moje nastawienie w pierwszej części zawodów jest wyjątkowe, koncentruję się tylko na dotarciu w dobrym zdrowiu do kolejnego pit stopu, na regularnym (co 7-9km) przyjmowaniu odżywek. Skutecznie odganiam myśli o końcowym wyniku, pościgu, rywalizacji – to niewiarygodne. Prawie jak Adam Małysz i jego dwa równe skoki, a przecież bułka i banan też w diecie obecne 🙈.
Maciek (tak w ogóle, to dzięki za wszystko Brachu!!!) nawiguje doskonale, zna te tereny, więc jego wskazówki są niezwykle cenne, dlatego za jego przykładem na Przełęczy Hałbowskiej ok 65 km zamawiam od supportu drugą parę butów, gdzie z pomocą Samarytanina Karola 😛 udaje się je szybko zmienić. To niuanse, które są istotne jeżeli uczestniczymy w tak długich zawodach. Naprawdę warto poświęcić minutę czy dwie, zjeść spokojnie coś ciepłego, czy zmienić przemoczoną odzież. Przecież każdy kamyczek w bucie, otarcie, czy inna dolegliwość, może stać się gigantycznym problemem utrudniającym bieg, a w drastycznym przypadku go zakończyć. Tak więc dopiero założone „nówki” Mafate Evo dają komfort i dodatkowe turbo, które niebawem przyjdzie mi wykorzystać 💥.
Około 75 km mając w zasięgu wzroku 4 zawodnika Szymona Wolka postanawiam ruszyć trochę mocniej. Z punktu w Chyrowej na 80 km wybiegam już samotnie, mając jednak ponad 20 minut straty (!) do pierwszej trójki, którą tworzą Dominik, Artur i Krzysiek. To jednak mój czas w tym biegu, zasuwam aż miło, w dalszym ciągu myśląc tylko o kolejnym punkcie i spotkaniu z Dziewczynami, no dobra i Karola z termosami też chętnie zobaczę😁. Cergową (ok 94 km) podchodzę w całości, ale staram się mocno pracować kijami odciążając nogi -wtedy doceniam te tysiące pompek, które wzmocniły moje ręce.
Do Iwonicza-Zdrój wpadam szybko, podkręcam jeszcze tempo na asfaltowym zbiegu, w ogóle nie czuję tych 102 km w nogach. Wsuwam pomidorową, która co 20 km ratuje mój żołądek, ekipa robi szybką zmianę bidonów i odżywek, a gdy Beata przekazuje informację, że moja strata do 3-go zawodnika zmniejszyła się do 5 minut, nie chcę tracić już zbędnych sekund, bo właśnie Moja Żona włączyła u mnie tryb standardowy – RYWALIZACJA 😀.
Głowa zaczyna płatać figle, niegroźne, ale mimo wszystko zmęczenie i znużenie daje znać o sobie i zaczynam odliczać już kilometry do mety, a to zdecydowanie za wcześnie. Nachodzi mnie ciekawa refleksja: jeszcze tylko 45 km i będzie upragnione roztrenowanie… Szkoda tylko, że ta odległość to 30% całego dystansu, więc do końca sezonu trzeba się jeszcze trochę pomęczyć.
Zbiegam do Rymanowa, jest 110 kilometr misji Łemko 150, w niewielkiej odległości przed sobą widzę Krzyśka Wiernusza, a po chwili wyprzedzając tego znakomitego zawodnika, dowiaduję się, że ma jakieś kłopoty z żołądkiem. Kilka słów, wsparcie dla rywala i cisnę dalej, a na podbiegu daję nieźle czadu, motywowany wskoczeniem na 3 miejsce. Tak fajnie jest do Puław Dolnych bo….kłopoty jednak od kilkudziesięciu kilometrów są, pokutuje wypity na pierwszych 40 km tylko litr płynów i wynikające z tego odwodnienie, jakiego początkowo nie odczuwałem. Od kilku godzin pragnienie wzrasta non stop i mam kłopoty oblecieć na dwóch bidonach pomiędzy punktami. Krytyczny okazuje się ok 118 km, gdzie na ok 4 km przed punktem wody i Izo mam jak na lekarstwo, a pragnienie jest ogromne.
Na dokładkę jestem już solidnie zmachany, pojawiają się mroczki przed oczami, momentami staję się senny i powieki zamykają się same, więc muszę się mobilizować, przywoływać do porządku, aby tempo nie spadało.
Cuda się jednak zdarzają 🙂 i wody wystarcza, nie umieram z pragnienia, oraz nie zasypiam gdzieś pod drzewem, co więcej siły wracają. Docieram do punktu w Puławach Górnych, jest 121km i od wszystkich dookoła domagam się znanego w tej krainie boskiego nektaru zwanego DYNIOWĄ🎃. Na punkcie obok mojej „drużyny”, pojawiają się biegowi kumple, Marcin i Radek, którzy dodatkowo motywują, udzielają cennych wskazówek, a Marcin uwiecznia te historyczne dla mnie momenty fajnymi filmikami. No dobra, buła w rękę i do boju, na ostatnią „trzydziechę” 🥳.
Ciągnie się, nawet bardzo, jestem już zdewastowany mocno, bolą nogi, wszystko kurde mnie boli, plecy, głowa, żołądek też zaczyna się buntować, piję już tylko wodę, bo słodkie izo mdli. Pod górę jeszcze, ale zbiegi są katorgą dla obitych czwórek i dwójek, trzeba zaciskać zęby i zmuszać się do przyspieszania, aby dać sobie szansę na dobry wynik i miejsce na mecie, bo tam dotrę (!) chyba że wydarzy się kataklizm. Ale na dwudziestu kilometrach, mając już w nogach 130km, to wydarzyć może się wiele, więc strofuję się w myślach za nadmierną zuchwałość.
Przez ostatni punkt żywieniowy na 137km, przez ostatnie góry, przełęcze i polany, przy zachodzie słońca, zmroku, w deszczu, walcząc ze znużeniem, okłamując głowę ilością kilometrów do mety, ignorując wściekle dzwoniący telefon (Beata próbowała mnie ostrzec, że trwonię przewagę nad 4 zawodnikiem), wpadam na chodnik w Komańczy, na ostatni kilometr tej przydługawej pielgrzymki. Na 300m przed metą, wyprzedzając zawodników z krótszych dystansów, widzę zarys sylwetki Mojej Bety, która na mój widok radośnie podskakuje i wraz ze mną biegnie w stronę finiszu. Żeby do końca było fajnie, na tych ostatnich metrach puszcza mi fałszywy komunikat, że dogania mnie Krzysiek, więc ja sprintem zapierdzielam do mety 🏃🏻‍♂️, gdzie wpadam w objęcia całej ekipy.
I taki był to bieg🤷🏻‍♂️… udało się pokonać 150km, żołądek sobie poradził i nie zniweczył dobrego przygotowania fizycznego, zdołałem przezwyciężyć kryzysy, a support w całości powitał mnie na mecie. Chciałem odpowiedzi, czy takie długie dystanse są dla mnie(?)…i stwierdzam, że chyba są🤔.
Przywołując trochę informacji i statystyk z ŁUT150, to 150km dystansu, ok 5900 w górę i w dół, z Krynicy Zdrój do Komańczy. Mój czas na mecie to 17 godzin i 44 minuty, a limit czasu wynosi 35 godzin, byłem więc w połowie. Przyjąłem rekordowe ilości odżywek i zwykłych produktów ( 18 żeli energetycznych, 2 bułki z szynką, litr pomidorowej, kubek dyniowej i barszczu, 3 frankfuterki, 1 ciastko oraz ok 6 litrów wody i izo). Wyszło ok 3500 Kcal – jak na mnie sporo, przy spalonych aż 10 300 Kcal…
Takie zawody to brak lub niewiele odcinków płaskich, tam rzadko człowiek rozpędza się do 3:30, a często na stromych podejściach tempo spada do 10 i więcej minut na kilometr. Tu trzeba ostrożnie gospodarować siłami, nie szaleć z tempem – bo padniesz za kilkadziesiąt kilometrów, ale biegać jednak trzeba i to przez 85-90% dystansu. Trzeba zwracać uwagę na pogodę, dobrze jeść i pić, czyli to już grubsza logistyka 😬.
Jak chcesz walczyć o wysokie lokaty, to dobrze jest mieć support…a ja miałem support – NAJLEPSZY SUPPORT❤️. Przyjechali tam ze mną, a mogli sobie przez weekend odpocząć po tygodniu pracy czy nauki, spędzić czas z rodziną, pójść na imprezę, do kina, obejrzeć serial na Netflixie, czy zrobić coś dla siebie. BEATA, ALA i KAROL postawili jednak na spędzenie czasu w Beskidzie Niskim, zasuwając😥 w zimnie, w nocy, za dnia, tak abym miał to, czego oczekuję. Wydaje się, że co to takiego, ale dla niewtajemniczonych, to 220 km w samochodzie, często myląc drogę, przedzierając się przez szlaki, bezdroża, ciągnąc cały zestaw jedzenia, leków, odzieży, denerwując się czy trafią, zdążą, co ze mną, bez chwili na odpoczynek. Każdy z nich wiedział co ma robić, odjęli mi od cholery nerwówki i zamotania, a przy tym zaoszczędzili wiele, wiele minut, które końcowo okazały się na wagę podium. DZIĘKUJĘ i polecam się na zaś 😛.
Dlaczego Łemkowyna Ultra Trail 150 km?
Tenisiści mają Wielkiego Szlema, a my z zachowaniem wszelkich proporcji, mamy w naszym polskim ultra światku biegi ważne, kultowe i owe Łemko z pewnością się do nich zalicza.
Poza tym, tak wewnętrznie te „prawdziwe ultra” mnie męczyło, siedziało w głowie, uwierał fakt sportowej porażki w Dolomitach. Wychodzę z założenia, że trzeba mierzyć wysoko, brać się za bary z przedsięwzięciami trudnymi, których osiągnięcie jest niepewne, zdobywać doświadczenia i odkrywać nowe rodzaje bólu 😳. Jak cel taki zrealizuję, to jestem z siebie zadowolony, mam poczucie, że nie poszedłem na łatwiznę.
Do tego obsada, bardzo mocna💪, wielu wyśmienitych biegaczy zapowiadało swój udział, a to zawsze wyzwala dodatkową motywację, fajnie jest rywalizować z najlepszymi, gdzie o dobre miejsce trzeba się mocno postarać.
Pewnie słowa z gatunku: stary, a głupi; olimpijczyk się znalazł; ultras od siedmiu boleści; kryzys wieku średniego w zwielokrotnionym wydaniu – mają po części rację bytu. No bo po co te rozwalanie weekendu bliskim, wymaganie od nich ciężkiej pracy w nocy (bez dodatku nocnego, ba bez wynagrodzenia w ogóle, nawet odzież roboczą mieli własną🤪)? Po cholerę mi ta orka treningowa, ten stres przed, ból w trakcie i po, oraz choroba z którą zmagam się do dzisiaj?
Ano dlatego, że dla nas to standard, że normalnie bywa rzadko i w tym szaleństwie odkrywamy jakąś metodę na inne, ciekawsze życie, na poznawanie wspaniałych ludzi, nawiązywanie przyjaźni i ogrom wspomnień jakie z nami zostają. To recepta na współdzielenie życia rodzinnego, które wbrew pozorom jest pełniejsze i bliższe „tam-gdzieś”, niż w 4 ścianach codzienności.
Alutka❤️znowu trafiła w punkt, albo ja słyszę to co chcę, ale podsumowała wyjazd słowami „To była najlepsza przygoda jaką kiedykolwiek przeżyłam”. Pewnie ze względu na Wujka Karola😂, ale dla takich słów mogę lecieć raz jeszcze, serio 😊.
Dotarliście?
GRATULUJĘ – Jesteście ULTRASAMI 😁👍!!!
← Powrót

Komentarze



Uwaga! Dyskusja jest moderowana raz dziennie (zwykle rano) - komentarze nie pojawiają się od razu w momencie publikacji. Komentarze nie związane z tematem posta, obraźliwe, wulgarne nie są publikowane. Jeśli nie widzisz swojego komentarza sprawdź MOJE ZASADY i REGULAMIN

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Newest
Oldest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Michał
Michał
4 lat temu

Krzysiu, dzięki za słowa uznania i promocję mojego ostatniego szaleństwa .
Jak Cię motywuję do biegania po górach, to bardzo mi z tego powodu miło,. Ty również powinieneś być zadowolony, bo tym sposobem w krótszym czasie więcej szczytów zaliczysz , a i kondycję poprawisz .
Tempa masz całkiem dobre, poruszanie się po górach jest niezwykle wymagające, dlatego chylę czoła.

Michał
Michał
4 lat temu

Eee tam, kwestia pasji i dobrego treningu