2020-10-10
Michał Kaszuba: Marzenia się spełniają… Mistrz!
Nic nie zapowiadało tego, że zawody w Krynicy sprzed tygodnia naprawdę będą dla mnie wyjątkowe…. Dni poprzedzające start Ultramaratonu Wyszehradzkiego, czyli Biegu 7 Dolin 100 km, były dość ciężkie. W pracy urwanie głowy, po nocach jak na złość zamiast spać przewracałam się z boku na bok, więc na zawody pojechałem zmęczony. Do tego, przyjechaliśmy do Krynicy na kilka godzin przed startem i o odpoczynku przed zawodami mogłem zapomnieć
. Życie jednak nie kręci się tylko wokół mojego biegania, a wszystkiego też nie da się idealnie zaplanować, więc za bardzo się nie przejmowałem
.
Start o 2:30 na głównym deptaku w Krynicy rozpoczął moją przygodę z dystansem, który będzie kosztować mnie wiele zdrowia, ale na mecie odpłaci szczęściem, radością i dumą…
Pierwsze kilometry mijają spokojnie, lecimy w 7-8 osób na prowadzeniu, same tuzy polskiego ultra, a ja cieszę się, że bez problemu wytrzymuję ich tempo i grzeję się w ich blasku, bo księżyc za chmurami 
.
Sielanka trwa jeszcze przez moment, gdy spoglądam na światła Rytra, które nieśmiało przenikają przez ciemność nocy i gęsty las. Widok ten jest dla mnie informacją, że już niedługo minie 30 km biegu, a za kilka kolejnych będzie pierwszy punkt żywieniowy, a na nim jak zawsze moja Beata…
Z tej monotonii, jeżeli tak można nazwać bieg na złamanie karku po kamieniach, błocie i krętym szlaku, brutalnie wyrywa mnie jeszcze nie chwilowy stan nieważkości, w którym przez moment się znajduję, ale to co następuje tuż po nim, czyli bolesne lądowanie na kamienisty szlak (i to bez telemarku
). Chłopaki w swoim pędzie na dół odwracają się na chwilę, pytają czy wszystko ok, ja zbierając się z ziemi hardo zapewniam, że TAK . Niestety moje ciało twierdzi zupełnie coś innego, bo to bardziej dotkliwa gleba, niż ta zaliczona 500m wcześniej. Nogi jednak nie połamane, więc to nie pora na marudzenie, trzeba zasuwać, bo przebywanie w doborowym towarzystwie Bartka Gorczycy i Maćka Dombrowskiego, czyli kolesi z TOP 5 ultra w Polsce, czy doskonałego maratończyka Wojtka Kopcia, na takim etapie biegu może już w życiu mi się nie zdarzyć 
.
Prawa noga boli, mięsień jest mocno stłuczony i ogólnie czuję się poobijany. Wiem, że jest poraniona piszczel, ale nie zdaję sobie sprawy jak bardzo… Wpadamy na punkt w kilkuosobowej grupie, wyczekująca mnie Beata jest dokładnie w tym samym miejscu co przed rokiem. Informuję ją w trakcie wymiany flasków o kontuzji i wątpliwym ukończeniu zawodów, ale mimo to uzupełniam plecak, piję kubek gorącej herbaty, zabieram kije na czekające mnie strome podejście i wybiegam na kolejny etap.
Jest 62km, kolce cholera wie czego wbijają się boleśnie w poranioną nogę, jednak przedzieram się z narastającą wściekłością przez zarośnięte zbocze gdzieś pod Piwniczną. Przebiegając przez czyjąś posesję udaje mi się wrócić na trasę po zgubieniu jej 5 minut wcześniej. Konsekwencje są bolesne nie tylko na ciele, tracę wysoką pozycję i spadam na 8 miejsce.
Wkurzony dobiegam do Piwnicznej 65km, kolejny etap za mną. Czuję się tak jak wyglądam, a prezentuję się chyba nie najlepiej, bo moja Kochana Żona odradza mi kontynuację biegu, co tak naprawdę jest najrozsądniejszym wyjściem z sytuacji w tym stanie. Ból w opuchniętym i sinym palcu u ręki jest naprawdę duży ( wygląda na złamany ), obity mięsień i rozcięta, krwawiąca noga tez doskwierają . Przez ten zdewastowany palec nie potrafiłem utrzymać kijka na ostatnich 30 km, dlatego zostawiam je Beacie i ostatni etap będzie bez ręcznego wspomagania. Dla wzmocnienia zjadam szybko zupę pomidorową, popijam ciepłą herbatą, Bety wciera środek na rozluźnienie mięśni i jednak ruszam w kierunku mostu na Popradzie.
Nadzieja miesza się ze zwątpieniem, bo na odcinku do Wierchomli (65-77km) jest ciekawie, trwają ciągłe przetasowania w czołówce, co chwila ktoś ma słabszy moment, a inny zawodnik w tym czasie łapie dodatkową dawkę energii. Druga część odcinka należy jednak do mnie, uciekam rywalom na trzykilometrowym asfaltowym odcinku, przypominającym bardziej zmagania maratońskie niż górski bieg, czyli predyspozycje ze ścigania po ulicy pomagają.
Motywacja rośnie, gdy na 77 km pod Wierchomlą Bety mówi, że jestem 3! Już wiem co to oznacza, presję, ból, walkę do upadłego na ostatnich 23 km wyścigu, bo szanse na sukces z pewnością wzrastają. Uzupełniam grzecznie plecak, zjadam ze 3 łyżki zupy, piję herbatę, a następnie zaciskam zęby i zasuwam dalej. Nie myślę już o bólu (staję się masochistą, bo polubiłem się już z nim
), tylko staram się skupić na biegu.
Podejście pod Wierchomlę wyciska ostatnie soki, grupa pościgowa ma mnie w zasięgu wzroku, więc nie ma mowy o chwili wytchnienia. Powiększam nieznacznie przewagę, na karkołomnym zbiegu do Szczawnika uciekam jeszcze bardziej. No dobra, pozostał kluczowy dla zawodów odcinek czyli pięciokilometrowy, delikatnie nachylony w górę równy szuter, a potem jeszcze ok 2km bardziej wymagającego podejścia pod Runek. Dobry teren do biegania, ale niekoniecznie gdy ma się 83 km w nogach
. Wbiegam go jednak na całym fragmencie, kontroluję to co dzieje się za mną, ale nie dostrzegam nikogo, szanse rosną…
88 km, ostatni punkt przed metą i mimo, że czuję się jak uciekająca przed myśliwymi zwierzyna
, decyduję na kilkunastosekundowy postój, piję herbatę, leję głowę mineralną i ruszam na ostatni etap.
Wybiegając widzę znajomą, uśmiechniętą twarz przed szczytem Runka. Jeszcze nie wiem, że za chwilę Marek wraz z kompanem okażą się przekleństwem dziewięćdziesiątego kilometra
. Dołączając do mnie na trasie motywują mnie do biegu pod ostatnią już tego dnia górę, a przed jej szczytem na odchodniaka sugerują tempo ok 4:00 na ostatniej dziesiątce, jeśli oczywiście myślę o miejscu na pudle … a ja już myślę bardzo poważnie. Zasuwam (przecież polecenie wydali
), sił nie wiadomo skąd jakby więcej, poza tym okazja jest jedna na milion, a ja staram się te życiowe szanse wykorzystywać…
Jest i on…krynicki deptak zabezpieczony barierkami, czyli ostatnia prosta, trzystumetrowa autostrada do mety, do Moich Kochanych Dziewczyn, do spełnionych marzeń. Tego dnia jakby przygotowany dla mnie, jestem na nim sam, spiker już mnie dostrzegł, wymienia moje nazwisko i potwierdza, że jestem
zawodnikiem z dystansu 100km, łza w oku się kręci, dostrzegam Alę i Anię
, podbiegam, ściskam się z nimi. Potem przekraczam linię mety i lecę jak na skrzydłach do mojej Bety, współtwórczyni tego sukcesu, która całą noc i pół dnia obsługiwała mnie w różnych dziwnych miejscach Beskidu Sądeckiego, dbając o każdy najdrobniejszy szczegół na pit stopach.






To jeden z największych moich sukcesów sportowych, bo Krynicka Setka to klasyk w ultramaratonach górskich Polsce, świetnie obsadzony, doskonale nagradzany
. Jest złoty
medal Mistrzostw Polski Masters, co przy mojej metryce, która niestety nie kłamie, najbardziej mnie zdumiewa.
Beata mówi, że to mój upór, stanowczość i mocna głowa, rodzony brat twierdzi, że to Kaszubski charakter, którego ja mam więcej niż on i dlatego cieszy się, że jest moim bratem a nie wrogiem
. Mój Przyjaciel i kompan biegowy Szymon wyraża moje usposobienie w czasie zawodów bardziej dosadnie, formułując cytat w ostrzeżenie dla rywali „ Oni jeszcze nie wiedzą z jakim suk….m mają do czynienia, a ja tę świadomość mam”
. Alex – Przyjaciel, współpracownik, chłopak również „opętany” ultramaratonami górskimi, nazywa to coś odwagą do walki, którą hartowałem w sobie latami. We wszystkich tych określeniach jest sporo prawdy, bo sukcesy w tak długich i ekstremalnych zawodach zawdzięczam swojemu „zrytemu beretowi” najpierw, a potem dopiero formie sportowej. No bo jak wytłumaczyć, że z rozoraną i obitą nogą, wybitym palcem, ze słabym jedzeniem na trasie, kończę te zawody tak spektakularnie.
Nie jest ważne, że dzień domyka się w szpitalu, bo noga konkretnie rozwalona, a trafiam tam z pięknej i wzruszającej dekoracji. Nie istotne, że kolejny tydzień wyglądam i czuję jak po walce z Tysonem
, kluczowe jest to, że to zrobiłem i już nikt mi tego nie odbierze
.
W ubiegłą sobotę spełniłem marzenie, ale najważniejsze dla mnie jest to, że miałem obok siebie najbliższych, moje Kochane Dziewczyny, którym jestem ogromnie wdzięczny, bo są WIELKĄ częścią tego sukcesu

.
Teraz czas na zasłużony odpoczynek i solidną regenerację

.
Michał Kaszuba
Autor bloga:
Co mógłbym dodać od siebie? Chyba nic.
Piekary Śląskie mają MISTRZA.
Kibicujemy, gratulujemy, jesteśmy dumni i podziwiamy.
Co mógłbym dodać od siebie? Chyba nic.
Piekary Śląskie mają MISTRZA.
Kibicujemy, gratulujemy, jesteśmy dumni i podziwiamy.
Jesteś Wielki Chłopie.
Zazdroszczę Ci formy, siły charakteru i stalowej woli.
Zazdroszczę Ci formy, siły charakteru i stalowej woli.
Komentarze
Uwaga! Dyskusja jest moderowana raz dziennie (zwykle rano) - komentarze nie pojawiają się od razu w momencie publikacji. Komentarze nie związane z tematem posta, obraźliwe, wulgarne nie są publikowane. Jeśli nie widzisz swojego komentarza sprawdź MOJE ZASADY i REGULAMIN
Gratulacje ! Kaszubski charakter coś w tym jest ! Zbigniew Kaszuba
KT napisał w zasadzie wszystko co można. Gratuluję.
Ps.
Szkoda tylko, że opis biegu tak skromny.
To nie człowiek, to cyborg 😉 Szacun